Pogodynka
Pora roku: lato
Oto czas, który niegdyś kojarzył się i ludziom, i ich czworonogom z wakacjami. Niektórym dopisywało szczęście i towarzyszyli swym właścicielom w rozmaitych podróżach, inni zaś, przerzucani z rąk do rąk, od babci do ciotki, czuli się odrzuceni i niechciani. W dzisiejszych czasach lato przynosi jedynie nieznośne upały, które błagają o wywieszenie jęzora, a wraz z przygrzewającym słońcem wzmacnia się odór szwendaczy, wędrujących między lasem a ruinami. To także sezon najsilniejszych burz, tornad i innych anomalii pogodowych, siejących chaos. Deszcze są ciepłe, powyłupywane chodniki miasta rozgrzane i gotowe do smażenia na nich jajek, bekonu i poduszek psich łap, a zombie - rozleniwione i spowalniane szybszym rozkładem ciał.
Wędrowny Handlarz
Aktualnie jest nieobecny.
Hej, dzieciaki, chcecie może trochę świeżego towaru? Mam tu coś na młodość, na starość, na szybkiego samobója... A może chcesz żyć wiecznie albo urodzić bachora... ekhem, szczeniaka, bez niczyjej pomocy? No już, chodź, rozejrzyj się, nie pożałujesz! Charcik, zadowolony z zysków, zapewnił psiaki, że niebawem wróci na tereny stada, by ich skroić z kolejnej porcji Kostek. Zrozumiał, że kluczem do sukcesu są zniżki!
Stan Sfory
Stan: Zagrożenie klęską
Mroczne dni nadeszły... Sforzan dopadły rozmaite, ciężkie do zgryzienia nieszczęścia, które przepowiedziała im dwójka przybyszów - A'lel i Viy Curay. Ponadto skąpa ilość łowców w stadzie z wolna zaczyna zbliżać psy do wielkiego głodu, bo ileż pożywienia może zapewnić jeden czy dwójka polujących? Dziś pewne jest jedno: dopóki plagi trwają, nikt nie zazna spokoju, żaden żołądek nie zapełni się do cna, a suchość w pyskach i strach będą nam stale towarzyszyć. Strzeżcie się, bo biada tym, którzy nie dołączą do grupowej akcji ratowania Sfory albo spróbują przetrwać w pojedynkę!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bonus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bonus. Pokaż wszystkie posty

9 listopada 2020

Od Hany cd. Blodhundur

[Czas: podczas drugiej plagi, przed trzecią]

Przez chwilę Hana trwała w dziwnym bezruchu, targana wieloma emocjami. Miejsca, które dotknęła Blodhundur, wywoływały dreszcze na całym jej ciele - zaczęły od karku, by skończyć na stawach tylnych łap. Nerwy w jej ciele grzmiały. Ale Haneczka tylko się patrzyła. Ignorowała wszelkie sygnały od swojego organizmu, jakoby ich w ogóle nie było. Zawiesiła swoje spojrzenie na pewnych błękitnych ślepiach, które właśnie teraz wpatrzone były w nią. Tylko w nią. Wydawało się jej, jakby stanęła pośrodku ciemności a ją obserwowały dwa słońca, które jakimś cudem zmieniły swoją barwę na nieco ciemniejszą. Przypomniała sobie, jak przy ich pierwszym spotkaniu porównała ślepia Blod do dzikiego ognia zamkniętego w okowach lodu. Nadal przy tym obstawała, aczkolwiek z drobną zmianą. Warstwa szadzi się zmniejszyła, bądź całkowicie zniknęła.
— A mi nie jest ciężko. — Hana wzięła głęboki oddech, czując, jak drży.
Spojrzała się czule na ciemną, delikatnie się uśmiechając — Także czuję do ciebie coś więcej. Siedziało to już we mnie od pewnego czasu, ale...
Hana wtuliła się w bok Blodhundur, nie czekając na jej reakcję. Feralna muzyka nadal dudniła jej w uszach, nie pozwalając złapać spokojnego oddechu. Nie miała tylko pojęcia, jakim cudem. Jakim cholernym trafem urządzenie zadziałało, wybrało akurat tę melodię i odtworzyło ją w taki sposób, że każde słowo piosenki było dobrze zrozumiałe? Cóż, nie miała zamiaru narzekać a tym bardziej, zastanawiać się. Nigdy w życiu nie czuła się taka szczęśliwa.

Hana nie potrafiła zasnąć. Czuła, jak w jej środku tli się istna esencja szczęścia i jak właśnie to życiodajne paliwo, w postaci zwykłej radości, ją napędza. Dawało jej energię do wszystkiego. Sprawiało nawet, że wszystkie myśli Haneczki kręciły się wokół rzeczy zaiste pozytywnych - do jej łebka nie wkradł się żaden czarny scenariusz czy żadna zła myśl. Trzeba przecież świętować! Uczucie, jakie pomału w niej dorastało i niemalże zaczynało tłamsić, dzisiaj w pełni zakwitło. Odwzajemniona miłość była czymś o wiele lepszym, niż gdy Hana kiedyś to sobie wyobrażała. Nie chciała jeszcze wracać do metra. Wolała być tutaj. To miejsce nabrało dla Haneczki całkowicie nowe brzmienie, zostało w jej oczach wyidealizowane i wyniesione piedestał. Zapytała więc, czy mogą zostać. Blod się zgodziła. Chwilę pozostały w pokoju, ciesząc się własną obecnością i tym, co się przed chwilą stało. Wróciły w pewnym momencie na dach i zwróciwszy się do siebie, obserwowały gwiazdy. Tak po prostu. Uwaga Hany krążyła pomiędzy gwiazdami a Blodhundur, która na ich tle wyglądała równie zjawiskowo. W pewnym momencie Haneczka prawie się rozbeczała, ale siąknęła tylko nosem i oparła łeb o bok Blod. 

Hana była w stanie wyłapać najmniejsze poruszenie w całym swoim ciele. Dosłownie. Gdy tylko poczuła, jak drży jej końcówka ogona, zawinęła go wokół ciała i zamruczała cicho. Leżała skulona w objęciach Blodhundur, ciesząc się jej obecnością i ciepłem, jakie dawała.
— Też nie możesz spać? — Haneczka poczuła na sobie spojrzenie błękitnych ślepi. Ciemna wpatrywała się w jej pysk z szeroko otwartymi oczyma, jakoby czekając na jej najdrobniejszy ruch czy reakcję. Czyli ona też.
— Nie. — przyznała cicho łaciata i uśmiechnęła się delikatnie, pomału zmniejszając odległość pomiędzy nimi. Gdy jej ślepia znajdowały się kilka centymetrów od nosa ciemnej, Haneczka zatopiła cały swój pysk w gęstej kufie Blod. Odetchnęła głęboko. Już dawno chciała tak zrobić.
Gdy trwała w tej pozycji przez kilka sekund, poczuła, jak Blod obejmuje ją łapą i także zastyga w bezruchu.
— Wygodnie ci tak?
— Tak.
— No... To dobrze.
Hana przymknęła oczy.

Do metra wróciły dopiero późnym popołudniem. Nie śpieszyły się jakoś przesadnie, z a resztą, po co miałyby to robić? Ostrożnie opuściły najwyższe piętra, schodząc po dziesiątkach piętrzących się im przed oczyma schodów. Hana była pewna, że jeszcze chwila i zacznie się jej kręcić w głowie. Chociaż... schody były niepotrzebne. Sama obecność ciemnej wystarczała, żeby Hana odrywała się od rzeczywistości, jakby nie wierząc, że obie znajdują się w tym samym miejscu i czasie.

Haneczka w połowie drogi przystanęła. Ulica, po której się poruszały, była "czysta". Szwędacze zlazły się w sąsiedniej przecznicy; mogły więc spokojnie przejść tą trasą do skarpy, za którą znajdowało się wejście do metra. Gorący asfalt palił jej opuszki ogniem, ale nie był to ból, którego Hana by nie zniosła. Haneczka uniosła do góry łebek i zamrugała kilkakrotnie oczyma, mrużąc je przeraźliwie, próbując wyostrzyć wzrok. Próbowała dojrzeć najwyższą kondygnację wieżowca, ale obraz rozmazywał się jej przed oczyma. Czemu nie może dojrzeć szczytu? Słońce świeciło, tak, jak powinno, dlaczego więc...
— Hana? — ciepły głos Blod sprawił, że obróciła się w jej stronę. Zaraz potem źrenice ciemnej rozszerzyły się nieznacznie — Hana! Czemu ty płaczesz?
Haneczka znowu zwróciła się w stronę budynku, z którego wyszły kilka minut temu. Wczorajsza noc wyryła się jej w pamięci na tyle, że była w stanie odtworzyć każde słowo ich rozmowy. Widziała przed oczyma każdy ruch, słyszała każdy trzask starego wnętrza, a gramofon chyba dołączy w poczet jej bogów. Niekoniecznie wpasowywał się w klimat leśnych duszków, ale trudno. Miejmy jedynie nadzieję, że przyjmą go życzliwie. Dopiero po chwili dotarły do niej słowa ciemnej. Miała rację. Na betonie widniały trzy pojedyncze krople. Zgadzałoby się też, czemu nie może dojrzeć miejsca ich wyznania.
— Ja płaczę — powtórzyła cicho, jakby nie dowierzając. Nigdy w życiu by nie przypuszczała, że znajdzie taką osobę, która obdarzy ją uczuciem.
Dziwne. Była też pewna, że się uśmiecha.
— Płaczesz. — ciemna przytaknęła, przymykając nieco ślepia i zbliżając się do Hany ostrożnie — Słuchaj, jeśli...
— Nie chciałam teraz... — Haneczka weszła Blod w słowo, z udawanym wyrzutem — Wiesz, jakoś ciężko mi w to uwierzyć, że to wszystko jednak się wydarzyło... To się wydaje tak odrealnione.

W końcu udało im się dotrzeć na podziemny peron. Haneczka całą drogę podążała za Blod, trzymając się dość blisko ogromej kupy futra, jaką aktualnie była ciemna. Akurat średnio można ukrywać, że różnica wzrostu obu pań była niewielka. Nie przesadnie duża, ale jednak, mimo wszystko, jakaś była. Haneczce to nie przeszkadzało. Wręcz odwrotnie - postura Blodhundur dawała jej jakiegoś rodzaju poczucie bezpieczeństwa. Nie żeby też odczuwała lęk związany z ciemnością - wiele razy miała okazję przemierzać tunele metra samotnie, aczkolwiek... Nadal nie potrafiła uwierzyć w to, co wydarzyło się wczoraj. Miała wrażenie, że jest to jakiegoś rodzaju sen, z którego zaraz się wybudzi i zostanie wrzucona do szarej rzeczywistości. Takiej bez Blodhundur. Okazjonalnie odłączyła się jednak, by przegonić kręcące się wokół nich szczury. Choćby z tego względu, że te niezmiernie ją irytowały. 

Jakimś cudem stanęły w końcu przed długim rzędem wagonów. Ominęło ich kilka mniej czy bardziej zabieganych psów, aczkolwiek dopiero teraz Hana wróciła na ziemię. Zerknęła ukradkiem na wóz ze zwierzyną, który świecił pustkami. W jednej chwili ogarnęło ją przerażenie, które dorwało ją znienacka. Łapy jej zadrżały, ale przełknęła ostrożnie ślinę. Przecież do sfory dołaczyła Nya. Pewnie szeptacze się najadli szczurów, ci co polować nie mogli skorzystali ze spiżarki a ona sama, nowy łowca w sforze, pewnie jest na polowaniu. Dzięki niebiosom... Ciekawe, czy ciemnej też umknęły jakieś obowiązki... Chociaż... nie było ich raptem jeden dzień. Hana zauważyła, że Blodhundur się nad nią nachyla. Gdy poczuła jej oddech na policzku, przyjemnie zadrżała.

Niebieskooka? 

19 sierpnia 2020

Od Nayi CD. Malcolma

 [Czas wydarzeń: przed 3. plagą]
   Naya w najśmielszych snach nie przypuszczałaby, że już w pierwszym dniu swego życia w sforze może zostać rzucona na tak głęboką wodę. Okazało się, że jednym z najbardziej dających obecnie w kość psom problemów były szczury. W pierwszym odruchu miała ochotę się zaśmiać, usłyszawszy o tym - dużo szczurów oznaczało w końcu dużo żarcia - lecz Malcolm szybko ją doedukował. Szczurów było cholernie dużo. Szczury były piekielnie agresywne. Szczury nie były pierwszą z plag, mogły więc również nie być ostatnią z nich.
   - Dołącz do sfory, Nay, na pewno będzie fajnie - mamrotała pod nosem, wspinając się po schodach w zupełnie jej obcym budynku. - Jasne, każdy marzy o krwi w wodzie i gigantycznych marzeń. To jak wygrana na loterii. Sto, a może nawet tysiąc razy lepsze od samotnego życia w lesie.
   Sama nie wiedziała, po co tak właściwie miele jęzorem - chyba po prostu musiała nim mielić i już - ponieważ do całej tej sprawy podchodziła dość optymistycznie, nawet jeśli zaraz mieli wysadzić w powietrze jakiś śmietnik, czyli marnować zapewne znajdujące się tam pożywienie (nie wspominając już nawet o tych wszystkich szczurach, z których miało się zrobić "bum"). W końcu zamknęła jednak jadaczkę i stanęła w oknie, z którego miała doskonały widok na wszystko to, co widzieć w tej chwili powinna. Gdy dostała sygnał, zajęła się podpalaniem i zrzucaniem na śmietnik zapałek na masową skalę. Gdy uznała, że "styka", odskoczyła wgłąb budynku, by już po chwili móc wysłuchać symfonii huku i popiskiwania rozrywanych szczurów.
   Coś było nie tak. Fajczący się śmietnik i zdychające szczury nie wydawały z siebie takiego szuruburu, jakie słyszała. Szuruburu zresztą, jak po chwili zrozumiała, dochodziło tuż zza niej.
   - A niech to szlag - zdążyła jedynie wypalić, gdy zauważyła zbliżającego się do niej truposza, zanim rzuciła się do ucieczki. - Malcolm! - ryknęła, zbiegając po schodach tak rozpaczliwie nieporadnie, że cudem było, że nie skręciła sobie karku.
   Przywódca wywrócił oczami i wyskoczył przed nią, by stanąć w jej obronie. Oczywiście mogłaby mu pomóc, ale coś jej się zdawało, że mogłaby mu bardziej przeszkodzić, więc stanęła z boku i świetnie się bawiła w roli damy w opresji. Jej "ochy" i "achy" musiały być zapewne denerwujące dla walczącego samca, ale jej pysk po prostu nie chciał się zamknąć.
   - Brawo! - palnęła, gdy wróg został już pokonany. - Znaczy... Dzięki - dodała nieco zmieszana.
   - Nie ma za co - prychnął pies, jak jej się zdawało, nieco rozbawiony jej zachowaniem.
   - Jesteś cały brudny - skrzywiła się patrząc na to, jak jego śnieżnobiała sierść ocieka teraz wręcz ciemną mazią. - Jest tu gdzie się oczyścić? Powinieneś się oczyścić - skwitowała. - Może pójdziemy nad rzekę?
   - Nad rzekę udają się jedynie łowcy podczas wykonywania swoich obowiązków. Jest tam o wiele więcej szwendaczy niż tutaj, więc wypady tam są dość ryzykowne - zauważył zielarz.
   - Aha - bąknęła Naya, zbita nieco z tropu. - Po drodze tutaj widziałam wiadro z deszczówką. Jak pomożesz mi zataszczyć je na górę, zrobimy ci prysznic - szybko znów złapała zapał.
   - Chcesz mi wylać wiadro deszczówki na głowę?
   - Tak, a co? - machnęła jedynie ogonem i już jej przy nim nie było. - No chooodź, sama nie dam rady! - krzyknęła do niego, gdy stanęła już przy wspomnianym przez siebie wcześniej wiadrze.
   Nawet jeśli Malcolm miał w tamtej chwili ochotę ją zamordować, nie okazał tego. Podszedł do niej i bez słowa wziął się za asystowanie jej (czytaj: wykonywanie większości roboty) przy przeniesieniu wiadra do budynku, a potem wniesieniu go na piętro i postawieniu na parapecie, tak, by Naya mogła bez problemów wylać na niego jego zawartość.
   - Gotowy? - krzyknęła wystawiając łeb przez okno, gdy zajął on już pozycję tuż pod oknem. - To trzy... - zaczęła odliczanie, gdy w odpowiedzi na jej pytanie skinął głową - dwa... jeden!
   Wiadro przechyliło się, a woda z głośnym chlupotem wylała się na przywódcę. Łowczyni chwyciła lekkie już wiadro w kły i zbiegła po schodach (tym razem prawie się zabijając przez to przeklęte blaszane naczynie, a nie tylko przez własny pęd), by jak najszybciej znaleźć się ponownie przy nim.
   - No, teraz wygląda jak należy. - Mokry - parsknęła, widząc, jak ścieka z niego deszczówka - ale czysty. - Tylko żebyś się nie przeziębił.
   - Wracajmy do metra - zarządził lider, a Naya bez wahania na to przystała.
   Gdyby wiedziała, że już niedługo będzie musiała przez cały czas siedzieć w podziemiach, nie dałaby się tam zaciągnąć tak łatwo.
[Przeskok czasowy: 3. plaga] 
   Nadeszła następna plaga. Przeklęte owady, całe roje przekletych owadów, oblegały Strefę. Na powierzchni było od nich aż czarno, a ich ugryzienia mocno dawały się we znaki psom. Przywódcy szybko podjęli decyzję - wszyscy członkowie sfory przenieśli się na stałe do metra.
   Pierwsze doby były w porządku. Odpoczywała, szukała szczurów czy wody, a potem znowu odpoczywała. Nie socjalizowała się z nikim specjalnie, lecz nie przeszkodziło jej to w poznaniu imion otaczających ją osobników - wystarczyło uważnie słuchać, gdy rozmawiali w jej pobliżu.  Nauczyła się też, że oprócz łowców (czyli jej samej, Hany, która ją tu przyprowadziła, i jakiejś suczki, której imienia nie potrafiła poprawnie wymówić i która dołączyła do stada niedługo po niej) w sforze byli jeszcze zielarze (na przykład Malcolm), uzdrowiciele i szeptacze. Ponad nimi stali jeszcze Blodhundur, druga przywódczyni, Xavier, który rządził szeptaczami, i Mirage, którego funkcji nie udało jej się jeszcze rozgryźć. I wszyscy oni kisili się właśnie w podziemiach.
   Przez dłuższy czas nie widywała Malcolma. W jakiś sposób tego żałowała - choć było to idiotyczne, po tej przygodzie ze szczurami, truposzem i deszczówką wylaną z okna zdążyła się już do niego trochę przywiązać. Czasami zdawało jej się, że dostrzegała go kątem oka, lecz po chwili okazywało się, że to jakiś niższy od niego biały pies. Czekała więc, dając losowi zdecydować, kiedy spotka go po raz kolejny.
   Gdy drzwi od jakiegoś wagonu były otwarte, zawsze musiała zapuścić tam żurawia. W ten sposób zresztą dowiedziała się, gdzie składowane jest jedzenie, czy też gdzie śpi taki czy owaki pies. Raz nawet przez przypadek wparowała do wagonu jakiejś suce owczarka niemieckiego, myśląc, że wchodzi do siebie, lecz ta na szczęście spała i zapewne nawet nie wiedziała o tej jej krótkiej wizycie. Tym razem za otwartymi drzwiami dostrzegła właśnie przywódcę i zielarza w jednym. Nie był to szczególnie dobry widok - leżał przy ścianie z jednym okiem otwartym, a drugim zamkniętym. Wyglądał jeszcze gorzej niż w momencie, kiedy widziała go po raz ostatni, choć już wtedy zdawało jej się, że nie jest z nim tak dobrze, jak powinno być. Zagapiła się, nieco zmartwiona.
   - Naya? - usłyszała i drgnęła.
   - Cholera - wypadło z jej pyska, zanim zdołała to powstrzymać. - Cześć, Malcolmie. Przepraszam, już sobie idę - uśmiechnęła się niepewnie.
   - Zaczekaj chwilę - poprosił, a ona stanęła jak wryta, jakby pod wpływem magicznego zaklęcia. - Wejdź.
   Skinęła łbem i weszła do wagonu. Był w nim sam, lecz po tym, iż jego legowisko nie było jedynym znajdującym się w tym miejscu domyślała się, że nie był tu jedynym lokatorem. Po chwili wahania usiadła przed nim.
   - Mogę mieć do ciebie prośbę? - zaczął po tym, jak i on sam zmienił pozycję na siedzącą.
   - Och - mruknęła zaskoczona. - Tak, tak, jasne - machnęła niepewnie ogonem. - O co chodzi? - przekrzywiła łeb nieco w prawą stronę, wpatrując się w niego uważnie.

Malcolm? 

15 sierpnia 2020

[Pięć Plag] Od Catelyn CD. Xaviera - Trzecia Plaga

   Dziwna para zapowiadająca kolejne nieszczęścia pojawiała się i znikała. Gdy A'lel i Viy Curay powracali na tereny bezpiecznej Strefy, nękające wcześniej psy nieszczęścia znikały, a gdy odchodzili, najwyraźniej ponownie nie osiągnąwszy swego celu, pojawiały się kolejne. Miło było odpocząć od tych dziwnych zmutowanych szczurów, lecz atak najeźdźcy w postaci całych chmar przeróżnych owadów był marnym pocieszeniem. Członkowie sfory przenieśli się do podziemi, gdzie, za sprawą jakiegoś dziwnego trafu, insekty najwyraźniej nie miały zamiaru się zapuszczać.
   Od tych ciemnych korytarzy dało się zwariować. Nie miała co liczyć na jakiekolwiek urozmaicenia, od kilku dni oglądała te same ściany. Nieważne czy bliżej centrum metra, czy dalej, wszystko wyglądało tak samo. Zapach zgnilizny czuło się tu rzadko, pracy nie było więc zbyt dużo. Miała ochotę wyjść stąd, nic nie robić sobie z czyhających na nią na powierzchni niebezpieczeństw, lecz, jeśli miała być szczera, nie miała ochoty przez następny tydzień drapać się jak głupia, rozdrapując ugryzienia aż do krwi.
   Zaschło jej w pysku, zaczęła się więc rozglądać jeszcze bardziej rozpaczliwie, choć w tym miejscu i tak niewiele widziała. Woda była w końcu widokiem o wiele bardziej pożądanym od żywego trupa, zwłaszcza po tym niedoborze wody (spowodowanym zresztą, surprise, surprise, przez tych dziwacznych wysłanników swej pani, kimkolwiek by ona nie była), który nauczył ją szacunku do niej i wdzięczności za to, że ma co pić.
   Kap, kap - rozkoszny dźwięk. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby cokolwiek widziała w tych ciemnościach. Woda nie miała zapachu, nie było więc szans, by mogła odnaleźć tu jej źródło za pomocą nosa. Ale Cat, jak już nieraz się przekonała, była w czepku urodzona i oto coś zimnego i, jak jej się w pierwszej chwili zdawało, obrzydliwego, spadło jej na pysk, poważnie wytrącając ją z równowagi. Zanim się uspokoiła, kilka kolejnych kropel uderzyło ją to w pysk, to w czaszkę. Obrzydlistwo okazało się być wodą. Wciąż nieco otumaniona, wykonała dwa kroki w tył. Gdyby spojrzała w górę, może jakimś cudem udałoby jej się dostrzec gęstą sieć pęknięć w suficie, lecz ona wręcz wbiła pysk w ziemię. Nie obchodziła jej góra, kiedy gdzieś tu, na dole, musiał się zbierać jej napitek.
   - Eureka - mruknęła sama do siebie, gdy przyciśnięty do betonu nos zsunął się nagle i wpadł w wodę, a ona sama pozbyła się jej z niego.
   Prychnęła jeszcze kilka razy i upiła to, co znalazła - nie było tego wiele.
   - Pora wrócić do pracy.
   I wróciła. Nie wiedziała, jak długo tak szła, lecz nie znalazła nic. Zawróciła z głośnym westchnieniem dopiero wtedy, gdy zaczęły ją boleć łapy. Wędrówka do wagonu generała była mniej męcząca, a gdzieś w jej wnętrzu coraz dalej przelewała się wypita woda.
   - A któż to nas w końcu zaszczycił? - usłyszała jeszcze zanim położyła łapę na podłodze wagonu.
   Warknęła cicho, tak, że nikt z zebranych w pomieszczeniu jej nie usłyszał. Miała serdecznie dość tego dupka - nie miała już nawet sił, by pilnować swojego języka i wybrać mniej prostackie określenie. Nie odezwała się ani słowem, stanęła tylko wśród pozostałych szeptaczy, u boku mając Decoy, do której uśmiechnęła się delikatnie.
   - Jak wiecie, przez plagę owadów patrolujecie teraz jedynie korytarze metra. Szwendaczy jest tu jak na lekarstwo, więc lepiej by chyba było powiedzieć, że spacerujecie sobie korytarzami metra. Jeśli ktokolwiek z was uważa, że stać go na cokolwiek - rozejrzał się po swych podwładnych, na jednych z większą pogardą ("Zgadnijcie, cholera, na kogo z największą?", spytałaby Cat, gdyby opowiadała komuś o przemowie zwierzchnika szeptaczy), na innych z ciut mniejszą - powinien przejść się na powierzchnię i tam pobawić się z truposzem czy dwoma. Och, nie zapominajcie też o upolowaniu czegoś dla sfory - prychnął. - A teraz wynocha.
   Prawie wszyscy od razu wykonali to polecenie - jako jedyna nie zrobiła tego Catelyn. Wpatrywała się wciąż w niego z konsternacją wymalowaną na pysku, ostatnimi siłami powstrzymując się od wygłoszenia mu tu i teraz, co o nim sądzi.
   - A ty co? Jakieś problemy z przetwarzaniem i wykonywaniem poleceń?
   Xavier wykonał krok w jej stronę, lecz zatrzymał się, gdy przemówiła:
   - Catelyn. Mam na imię Catelyn. Świetnie zdajesz sobie z tego sprawę, użyłeś go w końcu zaraz przed tym jak... - wzdrygnęła się, przypomniawszy sobie, jak nachylił się wtedy ku niej i prosto w jej ucho wyszeptał te kilka słów, których wolałaby nie pamiętać, lecz zapewne będą siedzieć w jej głowie do końca jej życia - a mimo to uparcie unikasz używania go poza tym jednym jedynym przypadkiem - dodała, gdy wrócił jej wątek. - Nie jestem już tym żółtodziobem, który trafił tu te kilka miesięcy temu. Nie jestem już "pupilkiem", psiakiem salonowym, którym byłam kiedyś i z którego to powodu, jak świetnie zdaję sobie sprawę, byłam lekceważona przez innych. Jestem silniejsza, szybsza, bardziej wytrzymała i zwinna niż wtedy. Wciąż się rozwijam. Wśród szeptaczy umiejętnościami przewyższają mnie jedynie Decoy i Romulus, i nie ma szans, żebyś mógł tego nie dostrzegać, pracując ze wszystkimi z nas. Zostałam wybrana na jednego z członków Zgromadzenia. A mimo to wciąż traktujesz mnie jak nędznego robaka, którego mógłbyś szybko rozdeptać. Nie dam się rozdeptać, Xavierze - pokręciła głową.
   - Zaraz się zapowietrzysz - prychnął jedynie w odpowiedzi na jej monolog, a na jego pysku nie widać było nawet śladu jakiejkolwiek reakcji na jej słowa. Wciąż patrzył na nią tak, jak ktokolwiek inny patrzyłby na spotkane na swojej drodze cudze odchody.
   Po co tak właściwie poświęciła tę chwilę swojego życia, by spróbować jakkolwiek na niego wpłynąć? Dlaczego zachowała się jak głupi młokos, wygłaszając przed nim listę swoich atutów, które obchodziły go zapewne tyle, co zeszłoroczny śnieg?
   Chciała, by ją zaakceptował. Poruszyła ją ta pogarda, którą słyszała w jego głosie, gdy po raz pierwszy i, przynajmniej do tej pory, ostatni, wypowiedział jej imię. Jednocześnie miała też dość bycia tylko "nią". Chciała słyszeć, jak zwraca się do niej tak, jak należy, bez tych całych negatywnych emocji.
   Tylko dlaczego?
   - Może nie usłyszałaś za pierwszym razem, więc wykażę się świętą cierpliwością i powtórzę: wy-no-cha - wycedził przez zęby, sylaba po sylabie.
   Już prawie wyszła z wagonu, ten kot z kurzu spoczywający w rogu pomieszczenia był jej świadkiem, lecz usłyszała coś, co kazało jej się zatrzymać - cichutkie popiskiwanie. W ostatnim okresie zdołała dobrze poznać ten odgłos - oznaczał on, że gdzieś w pobliżu czaił się jej ówczesny największy wróg:
   - Szczury - mruknęła, odwracając się ponownie w jego stronę. - Masz tu gdzieś szczury.
   Nie zwracała już na niego uwagi. Przycisnęła nos do podłogi, wytężyła słuch. Choć była teraz w stanie usłyszeć ciche skrobanie, nie słyszała jego warknięć. Selektywna uwaga słuchowa była jednak świetną sprawą.

Xavier? 

14 sierpnia 2020

Od Blodhundur CD. Hany

[Czas: podczas drugiej plagi, przed trzecią]
Byłam zachwycona.
Nie potrafiłam wykrztusić ani jednego, pojedynczego słowa, kiedy przed moimi oczami rozciągnęło się potężne, nocne niebo, obsypane gwiazdami od horyzontu do horyzontu, z północy na południe i z zachodu na wschód. Brak ulicznego oświetlenia sprawił, że nic nie było w stanie zakłócić perfekcyjnej widoczności sklepienia, dlatego też niewiele było trzeba, by dostrzec jaśniejsze ślady, prezentujące się niczym niewyobrażalnie delikatnie, pojedyncze maźnięcia pędzlem pomiędzy święcącymi z oddali punkcikami.
Milcząc, podeszłam nieco bliżej urwiska. Nie patrzyłam w dół, wolałam nie ryzykować utratą równowagi i skończeniem mojego marnego życia jako mokra plama na chodniku. Pomyślałam o gorszym scenariuszu. Mogłabym przeżyć upadek, połamać wszystkie kości i nie być w stanie uciec przed nadchodzącymi szwendaczami, które rozerwałyby mnie na strzępy. Z dwojga złego, preferowałam szybką śmierć w trakcie uderzenia łbem w beton, aniżeli powolne czynienie ze mnie obiadu pod pazurami i zębiskami żywych trupów. Otrząsnęłam się z ponurych myśli i spojrzałam na sukę, wpatrującą się we mnie błyszczącymi ślepiami. Nie byłam pewna, czy to gwiazdy odbijały się w jej oczach, czy też zachwyt i radość targające nią sprawiały, że mogłaby tym błyskiem oślepić nadjeżdżające z naprzeciwka samochody. Uśmiechnęłam się leniwie.
— Podoba ci się? — Jej głos wyrwał mnie z dziwnego stanu, który znikąd mną zawładnął. Nie byłam pewna, czy zapytała o gwiazdy, czy o nią samą. Czy na końcu słowa "podoba" była litera "m"? Speszyłam się nieco. — Widok jest nieziemski, prawda? — pociągnęła swą wypowiedź, powoli zmierzając ku mnie. Chód miała ostrożny, pewnie obawiała się nieco wysokości i scenariusza, który niedawno osobiście analizowałam w głowie.
— Nawet nie wiesz, jak bardzo — odpowiedziałam wreszcie, nieco zachrypniętym głosem, wpatrując się nie w niebo, nie w siną dal, nie w dół, a w nią. Prosto w nią. Nieziemskim widokiem była dla mnie ona. Choć gwiazdy były iście przepiękne i niecodzienne, a nawet egzotyczne, gdy z reguły widywało się je z niższych terenów, to ona je przyćmiewała. Nie miały szans z Haną. Żadne gwiazdy, ciała niebieskie, planety. Żaden blask nie dorównywał tej drobnej, łaciatej duszyczce, stojącej teraz przede mną. Byłam bliżej nieba tej nocy, i nie miałam tu na myśli faktu przebywania tak wysoko, na dachu podniszczonego wieżowca.
Odniosłam wrażenie, że samica nieco się zawstydziła, najwyraźniej zastanawiając się, czy słusznie odebrała moją aluzję. Wlepiła wzrok w brudną podłogę. Nie bez powodu wpatrywałam się prosto w nią. Nie potrafiłam jednak powiedzieć niczego wprost. Blokowała mnie jedna, wielka wątpliwość, trapiąca mnie dniami i nocami: czy ona to odwzajemnia? Czy w ogóle zwróciłaby uwagę na nieprzeciwną płeć? Nie znałam orientacji Hany, nigdy o tym nie rozmawiałyśmy i miałam wrażenie, że nie byłoby to szczególnie miłe zagranie. W końcu to nie moja sprawa.
— ...ale piękno jest względne i niestałe, czasem nawet nieprawdziwe — dodałam, zyskując tym nagłe, jeszcze większe zainteresowanie suczki. Jej wzrok prosił i ponaglał: powiedz coś więcej, powiedz! Zamrugała dwukrotnie i przestąpiła z łapy na łapę. Wiatr znów rozwiał moją sierść, jej również. — Gwiazdy są doskonałym tego przykładem.
— Co masz na myśli, Blod? — Podeszła bliżej mnie, jednak nie chcąc narażać jej na stres, również się zbliżyłam, by nie musiała przebywać tuż obok krańca terenu, szybkiej drogi do śmierci, bardzo nieprzyjemnej zresztą.
— Gwiazdy, które widzisz tam, wysoko... — Podniosłam łapą jej pysk, kierując jej głowę w górę, by znów wlepiła ślepia w nieboskłon. Tak też uczyniła. — Mogłabym to nazwać iluzją. Kłamstwem. Matka mówiła mi wiele rzeczy na temat kosmosu, już ci o tym opowiadałam. Nigdy jednak nie wspomniałam o... smutniejszych aspektach. Wszystkie te gwiazdy, których blask podziwiasz, są martwe. Od dawna. Ich światło po prostu wciąż tutaj dociera. Dowiedziałam się tego w dniu, kiedy wróciłam podłamana z miasta obok naszej wioski, bo grupka gnojków wyśmiała mnie. Bawił ich mój wygląd. Bo oni byli rasowi, a ja nie. — Wzruszyłam delikatnie ramionami, by wzbudzić jak największe wrażenie zobojętnienia na tamte czasy. Choć byłam wciąż wściekła ze smutku, że tak mnie potraktowano, ukryłam to. — Wtedy właśnie powiedziała mi to samo, co ja tobie. Piękno jest względne i niestałe.
Hana cicho fuknęła pod nosem. Spojrzałam na nią pytająco.
— Co z tego, że są martwe? Nadal są piękne. I ty też byłaś i jesteś piękna, bez względu na to, co sobie wymyśliła jakaś grupka tępaków. — Wyglądała na zdenerwowaną. Moje wrażenie, że jej na mnie mocno zależy nieco zyskało na sile. Jej słowa natychmiast wywołały u mnie uśmiech. — Niektórzy są naprawdę okrutni.
— To prawda — przytaknęłam na ostatnie zdanie. Łaciata zatrzęsła się przy kolejnym, silniejszym podmuchu wiatru, który mnie zaś nawet odrobinę nie ruszył. Miałam gęstsze futro, które okazywało się udręką podczas upałów. — Zejdźmy piętro niżej, tam będzie ci cieplej. Nie chcę, żebyś się rozchorowała.
Rzuciłyśmy ostatnie, pojedyncze spojrzenia na migocące w akcie pożegnania gwiazdy i zeszłyśmy po skrzypiących schodkach niżej. Bez problemu wślizgnęłyśmy się przez dziurę w drzwiach do opuszczonego mieszkania. Okna były niekompletne, ale niewielkie braki w oszkleniu i tak ochroniły nas przed wietrzyskiem hulającym wyżej, na o wiele bardziej otwartej przestrzeni. Rozejrzałam się wokół, chcąc upewnić się, że pokoik jest bezpieczny i pozbawiony niechcianych gości. Podeszłam bliżej niewielkiej komody, albo szafki? Cokolwiek to było, zostało zrobione z drewna. Oparłam łapy o krawędź mebla i obwąchałam dziwne urządzenie, stojące na nim. Niechcący szturchnęłam coś pyskiem, niewielkie ramionko zakończone igłą. Pacnęłam ze strachu łapą to ustrojstwo i trafiłam poduszkami w przyciski, które pobudziły urządzenie do życia. Byłam zdziwiona, że w gniazdku, do którego kabel od tego czegoś był doczepiony, wciąż działał prąd elektryczny. Badyl z igiełką przesunął się na środek i wolno obniżył, dotykając czarnego, plastikowego i okrytego kurzem talerzyka. Odskoczyłam jak oparzona, słysząc muzykę. Choć nie grała głośno, niemal dostałam zawału, nie spodziewając się dźwięków.
— Blodhundur! Co jest? — Samica znalazła się u mojego boku błyskawicznie. Obie wlepiłyśmy spojrzenie w dziwne urządzenie, które wydawało z siebie muzykę. Choć nieco niewyraźnie, lekko postrzeliwując i pochrupując, dało się zrozumieć tekst.

Oh, Hannah
I wanna feel you close
Oh, Hannah
Come lie with my bones

Speszyłam się, a może nawet zawstydziłam. Naprawdę, istniało tak wiele imion, a padło akurat na to, które w brzmieniu, wymowie brzmiało tak samo, jak miano suczki, która mi towarzyszyła? Suczki, na której tak strasznie mi zależało. Suczki, dla której szczęścia zrobiłabym dosłownie wszystko, a póki co nie potrafiłam nawet uchronić jej przed kolejnymi plagami, zsyłanymi przez tych świrów. Otrząsnęłam się, czując nagle łapę Hany na mojej i jej ciało, przytulające się do mnie. Zrobiło mi się gorąco, motyle w żołądku wystrzeliły do lotu niczym z procy.
— Em, um, ech. Hana? — zagadnęłam. Przysięgam, gdyby nie to, że cała jestem ukryta pod toną sierści, rumieniłabym się niczym pierdolona hybryda buraka i pomidora. W odpowiedzi usłyszałam ciche, nieco rozmarzone "Hm?" Odchrząknęłam lekko. — Bo widzisz, ja... Jakby to ująć?

Oh, Hannah
Just look at me the same
I don't wanna be your friend
I wanna kiss your lips
I wanna kiss you until I lose my breath

Nie mogłam dobrać słów, które odpowiednio były w stanie opisać wszystko, co czułam. Nigdy nie rozmawiałam na takie tematy. Nie miałam do tego powodów. Nie czułam wcześniej tak wielkiej sympatii względem innej suki. Ani psa. Właściwie, samce nigdy mnie nie pociągały. Wcześniej nie miałam też żadnych pobudek do rozstrzygania, jaka jest moja orientacja, choć podejrzewałam u siebie homoseksualizm. Potrafiłam zawiesić oko i zachwycić się urodą suk, choć nic do nich nie czułam.

Oh, Hannah
Tell me something nice
Like flowers and blue skies

— Wiesz, to nie takie proste, kiedy nigdy się czegoś nie robiło. Ja... nie mam żadnego doświadczenia w kwestii związków. Tak naprawdę to nawet nie umiem rozróżniać konkretnych relacji ani określać, co czuję. — Miałam wrażenie, że wtulona we mnie samica nieco się spięła, a przynajmniej zesztywniała. Może wytężyła po prostu słuch?
Znów zamilkłam, zamknąwszy oczy i wsłuchawszy się w piosenkę.

Oh, Hannah
I will follow you home
Although my lips are blue and I'm cold

Serce tłukło mi się w piersi niczym przepiórka łopocząca skrzydłami. Ach, przepiórki. Ptaki, które poniekąd nas ze sobą związały nicią przeznaczenia. Aż ciężko było mi uwierzyć, że minął już jakiś rok, a może i więcej, odkąd się poznałyśmy. Czas pędził tak cholernie, że czasem miałam wrażenie, jakbym straciła go za dużo... jakby zostało mi niewiele, bardzo niewiele.
— Blod? — spytała niepewnie, przerywając ciszę, która zaległa na dłuższą chwilę.

The look in your eyes

Przełknęłam ciężko ślinę, przygotowując się do tego, co zamierzałam zrobić.

My hand between your thighs

— Słuchaj, jestem w tym wszystkim naprawdę beznadziejna, ale już nie mogę dłużej udawać, że nic się nie dzieje. Bo dzieje się. I to dużo. Cholernie, cholernie dużo. We mnie. Między nami? Nie wiem. Nigdy nie czułam czegoś tak... tak...
— Intensywnego? Nowego? Ja też.
Poczułam jak moje źrenice się rozszerzają.

Oh, this can't be real

— Ty też? — spytałam, jakbym nie dosłyszała, choć usłyszałam to doskonale. I bardzo wyraźnie. Te dwa słowa dźwięczały mi w uszach cały czas, nie chciały wyjść z mojej głowy. Ona też! Tylko co? Może się nie zrozumiałyśmy? — Wiesz co, jebać to wszystko, jebać moje życie, jebać moją niepewność, nie będę więcej tchórzem.

It's all just a dream

Samica podniosła głowę, jednak nie odsunęła się ode mnie ani o milimetr. Popatrzyła mi w oczy. Wzięłam głęboki wdech i zacisnęłam mocno kły, wypuszczając nagromadzone powietrze pomiędzy nozdrzami. Raz kozie śmierć, jak to mawiają. Nie miałam niczego, absolutnie niczego do stracenia, a moje przypuszczenia z chwili na chwilę wydawały mi się coraz słuszniejsze.
Ostrożnie, lecz nadzwyczaj czule liznęłam ją po policzku, by po chwili złączyć ze sobą nasze nosy i delikatnie otrzeć moim własnym o jej. Oba były wilgotne i chłodne. A przynajmniej ten należący do łaciatej. Kolejnym drobnym pocałunkiem obdarzyłam jej czoło i bok pyska. Gdzieś w tle słyszałam cichnącą piosenkę, kończącą się. Słowa "I don't wanna be your friend, lose my breath" powtarzały się, zanim melodia oraz wokalistka ucichły. Przez sekundę zastanawiałam się, czy autorka utworu jeszcze żyje.
— Chyba czuję do ciebie znacznie więcej niż przyjaźń. Chyba się zakochałam. Nawet nie chyba. Po prostu ciężko mi to powiedzieć wprost. — Odwróciłam wzrok, maksymalnie zawstydzona tym, jak nieudolnie i pokracznie wyznałam, co mi zalega na serduchu. Miałam nadzieję, że nie uzna tego za zbyt wczesne i pochopne. Byłam strasznie pewna. Stuprocentowo.

Haneczko?

Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+ 5 Kości, + 1 Wytrzymałość

10 sierpnia 2020

[Pięć Plag] Od Hany Do Nayi - Druga Plaga

Haneczka z ciekawością przyglądała się nowej, która wolnym krokiem odchodziła wraz z Malcolmem w stronę centrum. Usłyszała jedynie strzępki rozmowy dwóch psów, ale udało się jej wyłapać nazwę profesji, którą w przyszłości obejmie. Na wiadomość, że nowy łowca dołączył do sfory, Hana uśmiechnęła się szeroko. Nie miała pewności, czy ów dama zostanie do sforki przyjęta, ale tak właściwie łaciata nie potrafiła dostrzec żadnych przeciwności. Suczka przedstawiła się jej już wcześniej jako Naya, ale łaciata trzymała ją na dystans i nie rozpoczęła żadnej pogawędki. Po akcji z pewnym szarawym wilczurem wolała nie zagadywać do obcych z własnej woli, w szczególności, że nie każdy był nastawiony pozytywnie wobec nieznanych mu psów. Teraz jednak Naya stała się jej towarzyszem, z którym będzie niemalże codziennie polować na wszystko, co da się zjeść. Hana nie ukrywała, że zależało jej na pozytywnych relacjach z drugim łowcą. Ich fach wymagał bezwzględnej ufności w dwie strony - jedno zawahanie mogło zepsuć całe misternie przygotowane polowania. Nie bała się jednak, że się nie zaakceptują. Suczka wydawała się przyjaźnie nastawiona i raczej nie zależało jej na wywoływaniu burd - w razie czego Hana gotowa była pokazać, że dla rozgrzewki będzie w stanie zawalczyć. Zależało jej przede wszystkim na owocnej współpracy. A do czego dojdą przy okazji, to już inna sprawa - łaciata miała jednak cichą nadzieję na przyjaźń. Ostatni raz obrzuciła odchodzącą parkę spojrzeniem i ruszyła w swoją stronę.

W tunelu panował półmrok, który sprawiał, że Hana nie chciała tutaj przebywać. Łaciata nie miała bladego pojęcia, czemu tak właściwie znalazła się obok gniazda, wokół którego dzień wcześniej rozsypała trutkę. Przypadek? Może. — pomyślała nieswojo i spróbowała doszukać się szczurów, jednak z marnym skutkiem. Nie musiała jednak długo czekać na ich reakcję, bo już po chwili gryzonie znalazły się tuż obok niej. Kilka osobników rzuciło się na nią z gwałtownym piskiem, jakby to właśnie Hana miała być ich dzisiejszym obiadem.
— Zgłupieliście? — wymsknęło się łaciatej, gdy jeden niemalże ją ugryzł w tylną łapę — Łowcę tak atakować?
Haneczka nie zamierzała być próżna w obliczu tak wielkiej zniewagi. Schyliła nieco łeb i złapała pierwszego, który znalazł się niebezpiecznie blisko jej ogona. Zacisnęła zęby na jego lichej szyjce, by po chwili odrzucić zwiotczałe ciałko na bok. Pewnie młodziak - brawura odebrała mu logiczne myślenie i skończył tak, a nie inaczej. Haneczka była natomiast w swoim żywiole. Kąsała szczury po bokach, niemalże się z nimi bawiąc czy drocząc. Chciała, aby się zmęczyły. Wystarczy, że zada im kilka śmiertelnych ran - wykrwawią się same, we własnym towarzystwie. Krew leciała strużkami z pyska i łaciata była pewna, że zanim wróci do sfory, będzie musiała odwiedzić rzekę. Czyżby szczurki się na nią zdenerwowały? Szkoda, bo miała dzisiaj dobry humor. Gdyby nie ich atak, to Hana by ich pewnie nie zauważyła a się z tym wiążę - nie zapolowała na nie. Tym razem jednak szczura rzeź była nieunikniona, bo gryzonie wlazły Haneczce na bolesny odcisk. Otóż panna bardzo nie lubiła, gdy ktoś zdawał się być lepszym łowcą od niej. A czy takiego szczura można było do niej porównywać w jakimkolwiek aspekcie?
Hana odetchnęła i nieznacznie rozciągnęła łapy. Wokół niej leżały szczurze ciała, ale suczka podeszła tylko do tych, które wyglądały na najmniej uszkodzone. Zebrała je w małą kupę i chwyciła w zęby, kierując swoje kroki do centrum sfory. Zaniesie je do spiżarni i odetchnie u siebie, choćby na kilka godzin. Może zje jednego? Od wczoraj chodziła o pustym żołądku. Od zmęczenia bolały ją łapy i choćby z tego powodu odwołała w myślach swoją wyprawę nad rzekę. Po prostu nie miała już sił na taką błahostkę a rezerw za żadne skarby nie chciała marnować. Oczywiście, byłaby jeszcze wstanie zapolować i przytachać tu dzika, ale potem byłaby wrakiem. Niepotrzebnie, skoro siły może sobie zrównoważyć.

Hana cichutko oparła łapy na podeście wagonu czarno-białej i z nieukrywaną ciekawością wlepiła spojrzenie w spokojnie śpiącą. Odczekała dwa dni, aby Naya mogła oswoić się ze wszystkimi nowymi rzeczami i tym samym poczuć się nieco lepiej w nowym otoczeniu - łaciata doskonale pamiętała swoje pierwsze kroki w tym miejscu i odczucia z nimi związane. Bez Blod nie dała by rady, to pewne. Ale czy Naya ma swojego przewodnika? A może go po prostu nie potrzebuje? Wyglądała na zaradną, każdy jednak ma jakieś pytania i nie od początku potrafi połapać się w tunelach. Hana zmarszczyła nieco brwi. Suczka była pogrążona w głębokim śnie a jej boki unosiły się rytmicznie. Żal jej było ją budzić, ale cóż ona może na to poradzić? Na pewno zdążyła sobie odpocząć.
— No dobrze — wybiła się ostrożnie i wskoczyła do wagonu, nie zwracając uwagi na unoszący się w powietrzu kurz — Koniec tego dobrego. Wstajemy, kochanieńka! Zwierzyna nam poucieka.
Naya gwałtownie podniosła łeb i zamrugała kilkakrotnie oczyma, chcąc jak najszybciej powrócić do świata świadomych. Udało się jej po zaledwie kilku sekundach. Hana na ten widok uśmiechnęła się delikatnie. Naya ostrożnie wstała, rozciągnęła przednie łapy i mlasnęła jęzorem.
— Dobry nawyk — rzuciła, stając w wyjściu — Poznałyśmy się już wcześniej, pamiętasz mnie?
Przez kilka sekund Naya trwała w bezruchu, próbując zapewne ją skojarzyć. Nagle jednak poruszyła nieznacznie głową i skierowała ją w stronę nieco niższej suczki. Haneczka w duchu była wściekła, że kolejny pies jest od niej wyższy. Westchnęła jedynie i wlepiła spojrzenie w czarno-białą.
— Hana? — zapytała. Po tonie głosu było czuć, że była tego pewna, ale wolała się na wszelki wypadek zapytać. I dobrze.
Łaciata z zadowoleniem skinęła głową i ruszyła w stronę wyjścia ze sfory. Gdy zauważyła, że Naya nie poszła za nią, aczkolwiek obserwuje ją ostrożnie, odwróciła się i przystanęła. Uniosła nieco brwi w udawanym zaskoczeniu.
— Ruchy, Naya. Łowy same się nie odbędą a ty masz pecha, że trafiłaś akurat na mnie — Hana siąknęła nosem. Zapewne od tego cholernego kurzu w wagonie nowej łowczyni — Chcę zobaczyć, co potrafisz. Dzisiaj uraczymy sforę dorodnym dzikiem a ty mi w tym pomożesz.
Haneczka zdążyła już zauważyć, że Naya może się pochwalić smukłą, niemalże charcią sylwetką. Sama taką posiadała, aczkolwiek w mniejszym stopniu. Z każdą chwilą była więc jeszcze bardziej ciekawa, jak sprawi się Naya. Musiała być szybka, ale to nie wystarczy łowcy. Trzeba jeszcze zwierzynę ubić, prawda? Na szczęście jej mentorskie zapędy ukoiło futro, które było w doskonałym wyglądzie jak i porządku. I tym mało ważnym szczególikiem Naya zyskała sobie szczerą sympatię Hany.
— Już cię lubię — powiedziała, gdy suczka do niej podeszła.
— Za co? — Naya otworzyła szerzej oczy i otworzyła pyszczek w zdumieniu, nie wiedząc pewnie, o czym Hana w ogóle mówi.
— Za czyste futro. No, ruchy. Jeśli będziemy takie wolne, to nasze plany pójdę w cholerę.

Naya?

Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+ 10 Kości, + 1 szybkość

▲
Haneczko, atakowałaś jak prawdziwy wojownik. Napracowałaś się, za co otrzymałaś podziw i uznanie stada. Być może ktoś dzięki tobie napełni żołądek, choć powinnaś sama skosztować swojej zdobyczy. Pusty żołądek to bolesna sprawa. Jedz ile zdołasz, bo może się okazać, że i zatęsknimy za szczurami jako zjadliwym pokarmem. Nikt nie zna dnia ani godziny. Znam je tylko ja.

Zdobywasz +2 SZYBKOŚĆ, + 2 WYTRZYMAŁOŚĆ, + 2 SIŁA + 10 KOŚCI, WYJEC

[Pięć Plag] Od Hany - Druga Plaga

Malcolm zaczepił Hanę, gdy ta opuszczała przestronny wagon dowództwa. Jej sprawa w tym miejscu była wiadoma chyba już dla każdego jego mieszkańca - przyszła, by zamienić słowo z Blodhundur i spróbować ją gdzieś wyciągnąć. Ciemna jednak skutecznie zaoponowała, tłumacząc się natarczywym zmęczeniem, obolałymi łapami i silną potrzebą pobycia samą ze sobą - Hana na tę próbę izolacji fuknęła i udała obrażoną. Dopiero pod wpływem błagalnego spojrzenia ciemnej, łaciata parsknęła śmiechem i się pożegnała. Nie chciała być natarczywa a każdy miał swoje gorsze dni. I choć Hana chciała Blod jakoś podnieść na duchu, to nie mogła przecież tego robić na siłę, prawda? Już miała ruszać w stronę swojego legowiska, popędzana pustym żołądkiem, lecz głos drugiego Przywódcy skutecznie odwiódł ją od tego pomysłu. Haneczka odwróciła się i zdenerwowana stanęła przed białym owczarkiem, który wlepił w nią intensywne spojrzenie swoich ciemnych oczu. Basior przystanął kilka kroków przed nią, dumnie się prostując. Hana z bólem zauważyła, że samiec jest od niej nieco wyższy. Nieco bardzo. Nie miała wcześniej okazji stanąć obok niego tak blisko i z bólem serca przeklinała swój wzrost małego kalibru. Już przy Blodhundur czuła się o wiele lepiej, choć ta także nad nią górowała. Westchnęła w duchu i uniosła nieco łeb, chcąc złapać z nim kontakt wzrokowy. Nie był olbrzymem, choć jego wielkość i tak wprawiała Hanę w niejakie zakłopotanie.
— Dobrze, że cię złapałem — pies leniwie zmrużył ślepia i wziął oddech, zapewne chcąc szybko przekazać jej to, co chodziło mu po głowie — Hana, mam dla ciebie wiadomość.
Hanka zerknęła na niego z nieukrywaną ciekawością. Nie miała bladego pojęcia, co samiec chciałby jej przekazać, ale sądząc po jego wyrazie pyska, nie była to jakaś błahostka. Zapewne coś odnośnie jej fachu. Może jakieś zadanie, który ma odbiegać od jej dotychczasowych obowiązków? Wyprawa, specyficzne polowanie... Może nowy teren łowiecki? Możliwości był ogrom.
— Słucham cię, Malcolmie. Czy to coś ważnego? — Haneczka całą swoją uwagę poświęciła swemu rozmówcy, który wyraźnie się gdzieś śpieszył. Końcówka jego ogona drżała nieznacznie a przednie łapy ustawione były tak, jakby za chwilę musiał gdzieś biec. Lub przynajmniej taki miał zamiar.
— Zostałaś wytypowana jako jeden z potencjalnych członków Zgromadzenia — powiedział zagadkowo, nie spuszczając z Hany spojrzenia. Pewnie doszukiwał się jej reakcji, chcąc wyłapać tę pierwszą. Suczka jedynie zmrużyła oczy, zaciekawiona nowym terminem.
Zgromadzenie, cóż to może być? Po głowie łaziło jej wiele skojarzeń, ale na razie żadne nie pojawiło się w czołówce domysłów. Blodhundur coś kiedyś o nim wspominała pod czas jednej z ich przechadzek... gdyby tylko Hana sobie o tym przypomniała! Była na siebie wściekła, że akurat teraz wypadło jej to z głowy. Zwykle była w stanie odkopać w pamięci każde słowo ciemnej.
— Zgromadzenia? Czy jest to coś na miarę... jakiejś rady? — zaczęła nieśmiało, nie będąc przekonanym do swoich słów.
— Coś w tym stylu — odpowiedział basior, zerkając z ukosa na łaciatą — Na tych spotkaniach podejmujemy najważniejsze decyzje dotyczące sfory i stwierdziliśmy, że twoja osoba nadawałaby się na członka tejże komisji. Mówiąc prościej, uważamy, że twój głos w niektórych sprawach może być pomocny.
— To... świetnie — wydukała, nie wiedząc, co więcej może w tej sprawie powiedzieć. Musiała to przemyśleć na spokojnie, musiała — Cieszę się, że w ogóle wzięliście mnie pod uwagę.
Biały owczarek w odpowiedzi ziewnął. Hana wpatrzona była w farbę, która zeschniętymi płatami odklejała się od wagonu. Ona... jako członek Zgromadzenia? Nie miała bladego pojęcia, czy się nadawała. Czy byli jeszcze inni, którzy wybrani zostali na to stanowisko?
— Idziemy? — dopiero po chwili łaciata zwróciła na samca, który zdążył się już przemieścić kilka kroków dalej. Stał obrócony i z niecierpliwością ją obserwował.
— Zaraz do was dołączę — Hana wycofała się spod cienia, który rzucał pojazd i obdarowała Malcolma przepraszającym wyrazem pyska — Muszę coś załatwić.
Basior przewrócił oczyma i wydał z siebie sapnięcie, które miało zapewne wyrazić jego najszczerszą irytację. Odwrócił się jednak i ruszył w stronę wagonu, w którym wszyscy mieli się spotkać.
— Idę jeszcze po ostatniego członka Zgromadzenia, więc masz krótką chwilę — przystanął i rzucił jej groźne spojrzenie — Nie spóźnij się tylko.

Biegiem dotarła do swojego wagonu, wskoczyła do niego z rozmachem i osunęła się pod ścianę, siadając z cichym westchnięciem. Czy Malcolm naprawdę nie mógł jej o tym uprzedzić wcześniej? To nie była decyzja na kilka minut! Musiała się zastanowić - choć przez chwilę. Miała świadomość, że na miejscu musi się stawić już z podjętą decyzją. Głupotą byłoby powolne wystękiwanie odpowiedzi przy kilku psach, które mają tutaj pełnię władzy. Ale czy Hana powinna się zgadzać? Czy jest odpowiednim kandydatem do tejże profesji? Wątpliwości targały całą Haneczką, nie pozwalając się jej uspokoić. Wzięła głęboki wdech i kilka sekund później ostrożnie wypuściła powietrze z płuc, starając się powtórzyć cały proces. Szaleńcze myśli latały w koło, ale w końcu suczce udało się je wszystkie uspokoić. Skoro ktoś wysunął jej kandydaturę, zapewne uważa, że jej zdanie nie jest głupie. A skoro nie jest głupie, to może przydać się sforze. Czyli nie ma przeszkód, aby Hanka jakoś wspomogła sforę. Ale i tak nie potrafiła się przekonać do tego, że jej opinia być może będzie niewłaściwa. Że wywoła nieodwracalne szkody w przyszłości, nieodwracalnie raniąc wiele psów. Suczka otrząsnęła się nieznacznie - bez przesady, co to w ogóle są za wizje? Po prostu musi być ostrożna i tyle.

I jednak się spóźniła. Na miejsce rozmów Hana przybyła ostatnia, za co w duchu żałowała i biła się w pierś. Nie mówiąc już o tym, że cała była w nerwach przez te głupie szczury - wpadła na jednego, gdy karkołomnym galopem tu pędziła. Gdy w pośpiechu wskoczyła do wagonu, spotkała się z ostrożnymi spojrzeniami trzech psów. Czyli nie była jedyna. Pewnie za złe jej mieli jej spóźnienie, choć nie była tego pewna i nie mogła tego stwierdzić po ich zachowaniu - w sali panowała drętwa cisza. Od razu rozpoznała Romulusa, który nie obdarzył jej nawet jednym spojrzeniem - jeśli się nie myliła był szeptaczem. Nie znała gościa dobrze, ale raczej nie zaliczyłaby go do wąskiego grona, przy którym rozluźniłaby swobodnie mięśnie. Hana odwróciła wzrok, lustrując całe pomieszczenie. Ot, zwykły wagon. Tak jak we wszystkich, skrzypiała w nim podłoga pod naciskiem łap a pająki wesoło ucztowały nad insektami złapanymi w sieciach. Hana skrzywiła się w duchu, gdy zahaczyła łapą o białawą siatkę z bogatą zawartością. Przeklinała na czym świat stoi, gdy cholerstwo nie chciało się od niej odczepić. Nie dała po sobie poznać, że taka drobnostka zwróciła jej uwagę i nie chcąc się zdradzić, zaprzestała nerwowych ruchów łapą. Z radością jednak zauważyła, że na miejscu jest także Catelyn wraz z Decoy. Posłała im blady uśmiech i zajęła miejsce nieopodal wyjścia. Nieswojo czuła się na tak małej przestrzeni, ale po chwili dostrzegła Blodhundur i wszystkie jej zmartwienia zniknęły. Łaciata dziękowała w duchu niebiosom, że ciemna będzie obecna przy całości.
Została wybrana pierwsza i jako pionier wkroczyła do pomieszczenia, które znajdowało się dokładne siedem kroków od jej wcześniejszego miejsca. Nie różniło się ono jakoś od poprzedniego - było tutaj jednak więcej miejsca. Hana nieznacznie przełknęła ślinę, gdy czworo par oczu wlepiło w nią swe spojrzenia. Tylko jednego się nie obawiała, ba, jasne oczy o niebieskim odcieniu wręcz ją uspokajały. Wzięła oddech, opanowała łapy i usiadła naprzeciwko psów. Przywódcy wyglądali, jakby nie mieli wobec niej dobrych intencji. Siedzieli prosto, niemalże z wymuszoną postawą.
— Z decyzji jednego z naszych Przywódców — Hana doskonale wiedziała, za sprawą którego się tutaj znalazła — zostałaś wybrana jako członek Zgromadzenia. Jaka jest twoja decyzja, Hano? Jesteś gotowa zostać częścią naszej grupy?
Nastała cisza, przerywana skrzypieniem starego drewna. Akurat teraz deski znalazły sobie czas na ćwiczenie nowych melodii. Hana zacisnęła nieznacznie łapy. Co w końcu robić
— Uważam... że mogę się przydać —zaczęła ostrożnie i po chwili zamilkła, zdając sobie sprawę, że to, co powiedziała, nie było jakieś przesadnie mądre.
Żadne z przywództwa nadal się nie odezwało, jakby czekając, aż Hana rozwinie swoją wypowiedź. Po kilku sekundach Hana podniosła nieco łeb i spojrzała każdemu z nich prosto w ślepia i zatrzymała się dopiero na tych, których z całego serca nie chciała zawieść.
— Zgadzam się i zrobię wszystko, aby pokazać wam, że dobrze wybraliście.

Haneczka trutkę znalazła przypadkowo.
Gdy przetrząsała stary dom w poszukiwaniu wody, natrafiła na dość dużych rozmiarów metalową puszkę. Blaszanka okropnie cuchnęła czymś, co Hance niewinnie kojarzyło się ze śmiercią. Dosłownie. Zapach był mdły, przesadnie cukrowy i łaciata nie podkusiła się nawet, aby do niej zajrzeć czy choćby podejść. Zapamiętała jednak, że pojemnik miał na sobie nalepkę z czarnym szczurem, który przekreślony był krwawą krechą. Nie zwróciła wtedy na to większej uwagi, lecz to właśnie tej nocy przypomniała sobie o znalezisku.
Z samego rana wyruszyła w miejsce, gdzie wcześniej widziała ten przedmiot. Jeśli trutka nadal tam była, to Hana miała w zanadrzu dobry sposób, aby pozbyć się szczurów. Przynajmniej na dłuższy czas. Na razie nie chciała szukać alternatyw, ale słyszała od innych członków sfory, że ogień też się nieźle sprawdza - Hana jednak obawiała się, że nie byłaby w stanie go rozniecić na tyle szybko i że gryzonie by się zorientowały co się święci. Jednak do odważnych świat należy i kto wie, czy łaciata nie spróbuje wykonać tego manewru w przyszłości? Haneczka mimowolnie się uśmiechnęła. Humor jej dzisiaj dopisywał i suczka nie ukrywała, że w dużej mierze przyczyniało się do tego przyjęcie jej osoby do Zgromadzenia. Tak, czuła się przydatna i tego nie ukrywała. Jeśli będzie w stanie, to służyć będzie sforze z całej swojej siły. Nie robiła tego z poczucia wyższości czy nieuzasadnionych marzeń wspięcia się na sam szczyt - chciała się po prostu odwdzięczyć grupie za to, że ją przyjęła z otwartymi łapami. Nie każdy był jej tu przychylny, ale na większość pobratymców mogła liczyć i chyba o to chodziło, prawda? Grupa, która się wspiera i razem walczy o to, co dla jednostki jest nieosiągalne.
Do tunelu weszła z duszą na ramieniu. O ile kilka minut temu tryskała pozytywną energią, to gdy z podziemnego korytarza dobiegł cichy warkot szwendacza, cała radość z niej szybciutko uleciała. Hana przybrała bardziej poważny wyraz pyska i w ciągu chwili doprowadziła się do porządku. Skarciła się w myślach za swoje bezmyślne i idiotyczne zachowanie - już pal licho to, jak zaczną odbierać jej wymysły inni. Stanęła pewniej i uważnym spojrzeniem obarczyła ciemne wejście. To właśnie tutaj mieściła się najszybsza droga na powierzchnię. Czyżby musiała ją okrążyć? Jasne spojrzenie przeniosła na szeptaczy, którzy pomału wychodzili ze swoich wagonów. Psy dopiero rozciągały zastałe od snu mięśnie i nie zapowiadało się, aby w najszybszym czasie ruszyli na łowy. Hanka zmarkotniała i ruszyła w odmęty innego tunelu. Nie było jej to po drodze, ale pal licho. Miała jakiś cel i chciała go szybko osiągnąć.
Puszkę znalazła tam, gdzie ostatnim razem ją widziała. Hana odetchnęła z ulga. Srebrne, pół okrągłe pudełko stało na półce, zakryte kilkoma warstwami kartonów czy drewnianych pojemników. Etykietka ze szczurami nieco wyblakła, ale pojemnik śmierdział tak, jak wcześniej. Suczka uznała to za dobry omen i chwyciła całość, niemalże dusząc się od słodkawego zapaszku. Woń, którą czuć było od trutki doprowadzała jej nozdrza do istnego szaleństwa.
Nienawidziła szczurów z całego serca, nawet jeśli zapewniały im względną stałość w ich diecie. Z wielką radością rozsypała pół puszki trutki w miejscu, gdzie znalazła gniado. Zrobiła to z trudem, ale czego nie robi się dla chwały? Nawet, jeśli ów sława miała być tylko w jej głowie. Oczy przeraźliwie ją piekły, ale nie wypuściła pojemnika. Puszka ślizgała się jej pomiędzy zębami, choć nawet to nie sprawiło, że przeszła jej po głowie myśl o zaprzestaniu działań wojennych. Tak, była na wojnie. Jatce, skierowanej przeciwko gryzoniom. Ona i szczury stały po odmiennych stronach barykady, której otoczką było metro. Środowisko sprzyjało obu rasom, więc przeciwnicy mieli podobne szanse. Haneczka jednak nie zamierzała się poddać i oddaliła się o krok, gdy rozsypała niemalże całą trutkę. Spojrzała się na pojemnik, dochodząc po chwili, że zatrutego jedzenia zostało tyle, co nic. Westchnęła więc i wysypała jeszcze to, co zostało. Na drugi raz nie będzie, więc nie było sensu zostawiać tego na później.
Gdy wypuściła z pyska puszkę, odetchnęła z wyraźną ulgą. Od ściskania metalu bolały ją zęby, nie mówiąc już o piekielnie szczypiących dziąsłach. A o biednych ślepiach już nawet nie wspominając. Gdy będzie wracać, musi odwiedzić rzekę i spróbować pozbyć się mdłego zapachu szczurzej karmy.
— No to co, szczurki? Jak tam obiadek? Smakują wam chrupeczki od cioci Hany? — wymamrotała cichutko i usiadła pod ścianą, chcąc mieć oko na gniazdo.
Przyuważyła po chwili, że wokół rozrzuconych ciastek zbierają się szczury. Ale czy gryzonie wyczują podstęp? Hana z całego serca miała nadzieję, że nie. Że wpieprzą wszystko bez mrugnięcia zaropiałbym okiem.

Bonus

dodatkowa nagroda za +2000 słów
+ 20 Kości, + 2 siła

▲
Hanka, trutka to bardzo prosty sposób na wyeliminowanie szkodników, ale za to bardzo skuteczny. Dobrze, że udało ci się znaleźć tę puszkę i szybko rozsypać całą zawartość, w naszym świecie nie ma litości. Możesz być z siebie dumna.

Zdobywasz +2 SZYBKOŚĆ, + 2 WYTRZYMAŁOŚĆ, + 1 SIŁA + 9 KOŚCI

8 sierpnia 2020

[Pięć Plag] Od Malcolma CD. Nayi - Druga Plaga

 Kolejne burzliwe spotkanie, wywołane nieustępliwą plagą zmutowanych gryzoni, wyprowadziło mnie z równowagi. Naprzemienne głosy dwóch samców, spierających się o byle gówno, brzęczały w mojej głowie, niczym olbrzymie dzwony, wprawione w ruch w najmniej odpowiednim momencie. Odbijały się echem od kości czaszki i atakowały mózg, powodując przeraźliwy ból głowy i zdenerwowanie ciężkie do opisania. Mirage wciąż przekrzykiwał łaciatego generała, wytykając mu jego rzekome błędy i niedopatrzenia. Nie dawali mi dojść do głosu, a prawda była taka, że każdy z nas powinien wykonać ogromny ukłon w stronę Szeptaczy, którzy podczas kryzysu zachowali się jak należy.
Rozmowa prowadziła do nikąd, a ja nie byłem w nastroju do wysłuchiwania jak niektórzy obrzucają się mięsem. Wyszedłem bez słowa, ucinając tę bezsensowną dyskusję. Nie wiedziałem, czy którykolwiek z nich zwrócił uwagę na moją nieobecność. 
Niestety, nie dane mi było odejść za daleko. Przed wagonem natknąłem się na bliską znajomą Blodhundur i jej nieznaną towarzyszkę. Wspomniana towarzyszka na pierwszy rzut oka była nieco wyższa od Łowczyni. Różniły się też długością sierści, choć jej barwa była w przypadku suczek identyczna. Przez pierwsze kilka sekund wydawało mi się, że nawet białe odmiany są w takim samym kształcie u obu pań, co lekko mnie zaskoczyło. Zatrzymałem się nienaturalnie szybko, wpatrując się w czekoladowe oczy nieznajomej. 
- Hana - przywitałem się w końcu, skinając głową. Mój stan nie pozwalał mi na nic bardziej spektakularnego. Wskazałem chłodno na drugą sukę. - A to kto? 
- Naya - wtrąciła sama zainteresowana. Przymrużyłem lekko oczy, lustrując jej oblicze. Hana zaczęła tłumaczyć, gdzie znalazła ową Nayę, a także przedstawiła mi jej zamiary. Nie jestem zaskoczony. Skupiłem się na sierści, która zjeżyła się na karku suczki, gdy usłyszała, że została znaleziona. Myślę, że Łowczyni nie miała zamiaru uprzedmiotowić naszej nowej zdobyczy, tak samo jak ja w tej myśli. 
 - Rozumiem - pokiwałem głową powoli. Wciąż trudno było mi wyzbyć się złości, która gotowała się we mnie niemalże od początku spotkania w wagonie. Starałem się jak mogłem nie przekładać tego na moje rozmówczynie. Wiedziałem, że zadanie może okazać się niezwykle trudne, jeśli Naya zdecydowała się z nami zostać, muszę wytłumaczyć jej to i owo. 
Trudno, najwyżej będzie mnie miała za gbura. Nie ona pierwsza, pomyślałem. Musiałem dać upust emocjom. Nie lubię marnować czasu, dlatego postanowiłem połączyć przyjemne z pożytecznym. W jednej chwili podjąłem decyzję o zabraniu suczki na małą wyprawę. Machnąłem na nią łapą, pozostawiając Hanę bez słowa. Kierowałem się w stronę schodów na powierzchnię, choć wybrałem drogę przez całe centrum Metra, tak aby pokazać Nayi najważniejsze miejsca. Zanim doskonale pozna rozkład kanałów, wagonów, korytarzy i przeróżnych ścieżek, minie trochę czasu. Wiedzę warto dawkować.
- Jak ci na imię? - zapytała, wkładając wiele wysiłku w dotrzymanie mi kroku. Spojrzałem na nią kątem oka, zwalniając nieco. 
- Malcolm - rzuciłem na wydechu. Ta informacja była istotna, na pewno mogła jej się nieraz przydać. 
- Miło mi cię poznać, Malcolmie - skwitowała pośpiesznie. Uniosłem brwi, a cóż to? Wynik dobrego wychowania? Czy mówiła zupełnie szczerze? Słowo daję, zapytałbym, gdyby nie zaczęła mówić dalej, a trzeba wiedzieć, że nie mam w zwyczaju wchodzić komuś w zdanie. Zadała bardzo rzeczowe pytanie, najwyraźniej chcąc upewnić się, że oficjalnie została członkiem sfory. Mam nadzieję, że nie liczyła na huczne powitanie, niestety nie mieliśmy na stanie fajerwerk, aby móc witać nowe duszyczki. 
- Można powiedzieć, że już nim jesteś - odpowiedziałem, uspokajając ją i zapewne rozwiewając wszelkie wątpliwości, co do powitań. Przez sforę przewinęło się już kilka psów, które jedynie zawitały w naszych progach, skorzystały z jedzenia i bezpiecznego noclegu, a na dniach zniknęły bez słowa. Przydatność kolejnych dusz można było określić dopiero po pewnym czasie, gdy zagoszczą u nas na dłużej. 
- Ale musisz wybrać dla siebie rangę, miejsce w hierarchii, sposób, w jaki będziesz się przyczyniać naszej społeczności - dodałem pośpiesznie. Nie pozostawiałem żadnych złudzeń, nie działaliśmy charytatywnie.
Dalsza wymiana zdań napełniła mnie optymizmem. Naya wydawała się być szczerze zainteresowana zostaniem u nas na więcej niż kilka dni, a kto wie, może już na zawsze. Ochoczo zgodziła się być łowcą, czym dodatkowo sobie u mnie zapulsowała. Lubię psy. które są w stanie nieść pomoc tam, gdzie jest najbardziej potrzebna. Nam swoją rangą na pewno nie zaszkodzi, a jej aparycja wskazywałaby na dobre predyspozycje do wykonywania zawodu. Nie musiałem się martwić, że będzie jej z polowaniami nie po drodze.
- Nayo, nasza sfora jest aktualnie w niezbyt ciekawym położeniu - zmieniłem temat, gdy suczka wyraziła nieskrywaną aprobatę moim przywództwem. Lubiłem imponować, ale samo stanowisko nie było dobrym powodem do uważania się za lepszego. 
- Chodzi o to, że mieszkacie w podziemiach? - zapytała, przekrzywiając nieco głowę. Powstrzymałem się od parsknięcia. Zupełnie nie o to chodziło. Wytłumaczyłem, w czym rzecz. Nazwałem rzeczy po imieniu, a łowczyni słuchała z uwagą o plagach. Jeżeli ją to przestraszyło, nie dała tego po sobie poznać. Przytakiwała mi co chwilę, pokazując, że słucha. W trakcie rozmowy pokonywaliśmy kolejne stopnie, które prowadziły nas na chodnik przed wejściem do metra. Zamierzałem pokazać jej, jak walczyć ze szczurami. Chciałem zabrać ją do gniazda, które niedawno znalazłem. Tego znajdującego się w ślepym zaułku, gdzie gryzonie przesiadywały w kontenerze na odpadki. Po kilku dniach było ich tam pewnie więcej, a mój plan nareszcie miał ręce i nogi. Wiedziałem już, jak je pokonamy, a pomoc suczki będzie zbawienna. 
 Przed całą akcją wstąpiliśmy do sklepu dla miłośników survivalu. Stamtąd wyciągnąłem butlę z gazem dla podróżnych. Nie była duża, opatuliłem ją w szczelny materiał i tak przeciągnąłem przez kilka przecznic, aż do naszego celu. Naya dostała za zadanie nieść zapałki. Dzięki temu zapewniłem sobie ciszę, którą bardzo ceniłem w trakcie pracy, a także nie musiałem robić "podwójnego kursu" do sklepu i z powrotem. 
- Posłuchaj, ja zostanę tutaj, położę butlę i odkręcę ją. Postaram się ułożyć przewód tak, żeby gaz dostał się pod kontener, jeśli szczury wyczują zapach, a gaz jest zapewne z dodatkami substancji zapachowych, mogą podjąć próbę ucieczki. Nie możemy do tego dopuścić, ale trzeba pamiętać, że gaz będzie się ulatniać, przez co eksplozja może nic być zbyt... 
- Spektakularna? Skuteczna? - przerwała mi. Widziałem, jak napina każdy jeden mięsień na ciele. Uśmiechnąłem się pod nosem, widząc tak duże zaangażowanie u kogoś, kto przyszedł zupełnie z zewnątrz. 
- Skuteczna, raczej skuteczna. Dlatego na mój znak zrzucisz kilka zapałek z okna, z góry. Celuj na boki, tak żeby ogień ich nie wystraszył - spojrzałem na nią z powagą. Kiwnęła głową i odmeldowała się. Odważnie wbiegła do budynku, zajmując swoją pozycję. Ja też nie traciłem czasu. Odkręciłem butlę już na samym początku wąskiej uliczki, ciągnąc ją delikatnie po ziemi. Wstrzymując oddech, podszedłem tak blisko jak tylko mogłem i wsunąłem gumowy przewód pod śmietnik. Słyszałem popiskiwanie wewnątrz plastikowego kontenera. Niczego nieświadome szczury miały zaraz zginąć, a plastikowe królestwo, które tak sobie upodobały, zamieni się w masową mogiłę. Spojrzałem w górę, skąd obserwowała mnie dzielna łowczyni. Zacząłem powoli się wycofywać, a gdy byłem wystarczająco daleko, dałem jej znak ruchem głowy. Naya rozpoczęła ostrzał deszczem ognia. Po wypuszczeniu pięciu, może sześciu zapałek schowała się w środku budynku. Zdążyłem dosłownie wbiec do klatki schodowej, gdy usłyszałem potężny huk i przeraźliwy pisk. Do moich uszu docierały charakterystyczne odgłosy płomieni, które trawiły wszystko na swojej drodze. Mieliśmy z głowy kolejne gniazdo. 
- Malcolm! - krzyknęła, zbiegając do mnie po schodach. Myślałem, że jest to okrzyk tryumfu... Nic bardziej mylnego.  Za suczką pełzał szwendacz, jęcząc i plując śliną dookoła. Wywróciłem oczami, stając w obronie towarzyszki.

Naya?
Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+ 10 Kości, + 1 SZYBKOŚĆ
▲
Malcolm, jestem z ciebie dumny. Twój pomysł z butlą wypalił i chwilę później możecie wraz z Nayą zacząć świętować. Kolejne gniazdo nieodwracalnie strawiły płomienie i kolejne siedlisko szczurów mamy już z głowy. Kilka gryzoni zdążyło uciec w popłochu, ale nimi martwić się nie trzeba, wszak cała ich kolonia poszła z dymem. Oby tak dalej!
Zdobywasz +2 SZYBKOŚĆ, + 2 WYTRZYMAŁOŚĆ, +1 SIŁA + 9 KOŚCI

Od Hany - Wyprawa #11

O tym, że dżdżownice nie były złym wyborem, Hana dowiedziała się dopiero po dłuższej chwili.
Po godzinie wyczekiwania na efekty, Hanę zaczęło już nużyć. Leniwie kroczyła wzdłóż rzeki, co chwilę się cofając i zataczając wokół niej duże koła. Raz nawet spróbowała przejść rzekę wpław, lecz nurt był za silny i prawie porwał suczkę, na co tamta zareagowała cichym piskiem. Wróciła na brzeg, otrzepała się i zdenerwowana wróciła na miejsce, gdzie rozrzuciła robaki. Co rusz przecierała zmęczone oczy o łapy, zacierając je do granic możliwości i przy okazji samemu się rozdrażniając. W końcu przestała, czując, że jasne ślepia zaczynają ją piec. Rozejrzała się więc ostrożnie, szukając zagrożenia w postaci szwendaczów czy drapieżników. Gdy nic nie wyczuła, położyła łeb na łapach i westchnęła melancholijnie, jakby dając wydźwięk całemu rozżaleniu z ostatnich dni. Musiała się uspokoić, musiała! Stres nie był dobrym doradcą, w szczególności, kiedy miała jakiś cel. A z resztą, nie wszystko przecież stracone. Może trzeba po prostu jeszcze trochę poczekać...? Godzina czy dwie jeszcze jej nie zaszkodzą. Jej łeb zajęły więc myśli o pewnym psie, którego ślepia miały barwę zaciemnionego nieba. Dokładnie takiej, jaka teraz dumnie jaśniała na nieboskłonie
Po trzech godzinach Haneczka zaczęła się wyraźnie martwić o to, czy jej praca przyniesie jakikolwiek efekt. Choć siedziała tu już... bardzo długo, to nigdzie nie było widać zmiennocieplnych kręgowców. Stworzonka, które oddychały skrzelami, chyba się na nią wypięły. Dosłownie. Hanka prędko uplotła krótką modlitwę do leśnych bóstw, ale chyba żadne jej nie usłyszało. Żadnych ryb nie było widać a woda płynęła tak, jak dawniej - jakby w ogóle nie była wzruszona poczynaniami łaciatej. Hana ze smutkiem zerknęła na wiaderko, które pewnie stało na twardszym gruncie. Jednak jego środek świecił pustką i chyba to najbardziej deprymowało borderkę. W końcu łaciata naprawdę się wściekła tym, że jej wcześniejsza praca nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Nie zważając na zmęczenie, zaczęła kopać. Nie wyobrażała sobie perspektywy porażki. Druzgoczącej porażki. Ryła więc w ziemi jak głupia, szukając nowych robaków. Piach przelatywał jej między palcami i drażnił opuszki, lecz łaciata nie zwracała na to większej uwagi. Przyświecał jej inny cel niźli dbanie w tej sytuacji o komfort własnych łap. Gdy uzbierała odpowiednią ilość, suczka ponownie rozrzuciła dżdżownice, tym razem w większej ilości. Uczyniła to podobnie jak wcześniej, zmieniła jedynie obszar rozrzutu na nieco większy.
— Dżdżowniczki kochane, błagam, zlitujcie się nade mną — wymamrotała cichutko Hana, mając nadzieję, że tym razem się jej uda i napełni wiadro świeżym pożywieniem. Każdy szczurów miał już dość a miła odmiana zaskoczyłaby każdego.
Hana kątem oka przyuważyła powolny ruch pod powierzchnią wody. Wolnymi ruchami dopełza do brzegu rzeki, chcąc zobaczyć z bliska ów istotę. Czyżby wreszcie...? Jakaś ryba ociężale podpłynęła, wyraźnie chcąc zakosztować różowego robaczka. Nareszcie! Ślepia Hany zabłysnęły a przednie łapy zadrżały z emocji. A gdy więcej ryb zaczęły przypływać, łaciata prawie zemdlała z uradowania. Ileż ona się naczekała, nie wspominając o zszarganych nerwach.
— Nie dało się wcześniej, moje drogie? — wyszeptała bezgłośnie, obserwując, jak coraz więcej ryb zaczęło pojawiać się przy powierzchni. Nie oczekiwała, że kręgowce jej odpowiedzą, ale posłała im wesołe spojrzenie. W końcu miała je za chwilę pozbawić ich wodnego powietrza, prawda? Na pewno nie będzie to dla nich coś przyjemnego, więc niech się cieszą z ostatnich chwil życia.
To, jak będzie je łapać, wykminiła jeszcze stojąc na piasku. Jeśli chciała zapełnić calutkie wiadro, na stratę choćby jednej pozwolić sobie nie mogła. Stwierdziła więc, że po prostu zajdzie je od tyłu i gdy przyjdzie na to pora, będzie je łapać od końca. Trzymaną rybę odrzuci jak najdalej na piach, byleby nie blisko wody. Rybka powinna sobie spokojnie skonać i po sprawie. Na samą myśl o planie Hana uśmiechnęła się nieznacznie. Do dzieła.
Do wody weszła spokojnie i w pewnej odległości od "łowiska" - ostrożności nigdy nie za wiele a ryb nie chciała spłoszyć, prawda? Stanęła, gdy woda zaczęła sięgać jej na wysokość klatki piersiowej. Jej futro uniosło się na wodzie, która zaczęła nieznacznie głaskać skórę łaciatej. Ta przymknęła ślepia i ruszyła. Szła pod prąd, więc czuła, jak rzeczne prądy na nią napierają. Nie zraziła się jednak i dzielnie kontynuowała marsz do miejsca, w którym czekał ją obfity połów. Stanęła, odczekała chwilę i rzuciła się na najbliższą rybę, której łuski zajaśniały pod wodą. Zwierzak nie zauważył wcześniej Hany, więc nie ruszył nawet płetwą w innym kierunku. Łaciata mocno zacisnęła zęby na śliskim ciele, mając nadzieję, że chwyciła rybę wystarczająco. Ku jej szczęściu, wyciągnęła ją i istota się jej nie wysmyknęła. Gdy Haneczka zauważyła, że inne ryby nadal wsuwają dżdżownice, wycofała się i zaczęła się przedzierać przez tony wody w przeciwnych kierunku. Obrała inną taktykę połowu i do momentu, kiedy ławica jej nie zauważy, będzie jej brutalnie podbierać członków. Z jednej strony współczuła biednym rybkom, ale miała inne priorytety. A na pewno nie były nimi ratowanie ofiar z potrzasku.
Hana dumnie stanęła nad wiadrem, które pełne było śliskich ryb. Sztuka, którą miała w pysku, podrygiwała jeszcze nieznacznie i nieprzyjemnie łaskotała podniebienie łowczyni. Ta czym prędzej wypuściła ją z pyska i pozwoliła, aby ryba dokończyła swój żywot na trawie. Nie miała najmniejszego zamiaru dobijać i ulżyć jej cierpieniu. Perspektywa uświnienia się krwią była zbyt odrażająca, by Hana choć podjęła taką próbę w myślach.
Hana podniosła oczy ku górze, dostrzegając, że zapada już zmrok. Słońce zachodziło szybko i minuty dzieliły ją od wieczoru. A wieczór od ciemności, które skutecznie odwiodły ją od pomysłu wędrówki do metra. Co mogło się czaić w mroku? Hana miała świadomość, że wypełznąć z niego mogło dosłownie wszystko i szczury były w tej chwili najmniejszym zmartwieniem. Suczka niemalże podskoczyła, gdy w oddali rozległ się skowyt szwendacza. Noc potworom sprzyjała, bo ogłupiała zmysły innych. I choć Hana słaba się nie czuła, to przerażająco bała się stracić wiadro wypełnione jej nową zdobyczą. Samotnie na pewno dotarłaby do metra w jednym kawałku ale z takim balastem... jej wędrówka na tej ziemi może się szybko zakończyć. A po za tym intensywna woń ryb mogła sprowadzić na nią jeszcze więc zombie, aniżeliby by nawet przypuszczała.
Chwyciła więc metalowy uchwyt w zęby i bez wahania ruszyła w stronę opuszczonej chatki. Budynek jawił się jej przed oczyma jako miejsce, które mogło na tę noc zapewnić jej bezpieczne schronienie. W końcu dotarła i do pomieszczenia weszła, wchodząc od otoczonego wysokim płotem ogródka. Wraz z wiadrem przecisnęła się przez szparę pomiędzy szprychami i wzięła głębszy oddech, spowodowany biegiem z ciężarem.

Hana wybiera nocleg w opuszczonej chatce.

Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+ 5 Kości, + 1 siła

6 sierpnia 2020

[Pięć Plag] Od Catelyn CD. Mirage - Druga Plaga

   Minął już prawdziwy szmat czasu, odkąd widziała go po raz ostatni - w rzeczywistości tygodnie, w jej odczuciu cała wieczność. Zaskakujące, jak dużo może się zmienić w takim okresie czasu. Rana, którą jej zadał, wygoiła się, została tylko niekoniecznie ładna i dość rzucająca się w oczy blizna. Gdy tylko odzyskała siły, rzuciła się w wir pracy i treningów, dlatego i jej możliwości znacznie się od tamtego momentu zwiększyły - była silniejsza, szybsza i bardziej wytrzymała. Coraz dalej jej było od tej kanapowej suni, a coraz bliżej do dość dobrej wojowniczki walczącej z żywymi trupami i, ostatnimi czasy, z panoszącymi się po Strefie szczurami. Obecnie jednak była zawieszona gdzieś pośrodku, a szala przechylała się nieznacznie raz na jedną, raz na drugą stronę.
   "Akcja deratyzacja", jak, ni to złośliwie, ni to pieszczotliwie, Cat określała to, co działo się obecnie na terenach zamieszkiwanych przez sforę, rozhulała się już na całego. Psy codziennie, a nawet i kilka razy dziennie walczyły z najeźdźcą w postaci nienaturalnie wielkich gryzoni - czasem w pojedynkę, czasem w parach bądź grupach, raz z własnego odruchu dobrego serca (bądź żądzy krwi), a kiedy indziej na polecenie generała (szeptacze) czy przywódców (wszyscy). Tym razem wszyscy wyruszali na akcję w parach. Catelyn pary nie miała, udawała jednak, że wcale jej to nie przeszkadza.
   A wtedy zjawił się on, sprawiając, że odruchowo się skuliła. Nagle ponownie przeżyła tę chwilę, gdy w amoku walki ze szwendaczami, i ją wziął za jednego z nich. Jego przeprosiny wciąż dźwięczały jej w uszach, lecz nie były one tak wyraziste jak strach i ból, jaki wtedy czuła. Dlatego, choć gdzieś w głębi duszy wiedziała, że to był tylko i wyłącznie wypadek, szła cała sztywna, gdy prowadził ją do gniazda szczurów. Smak plastiku i benzyny czuła na języku jeszcze kilka dni później.
   - Wszystko będzie w porządku - dotarło do niej jakby przez mgłę.
   Z nieskrywaną obawą przyglądała się, jak egzaminator szykuje się do podpalenia ścieżki z benzyny. Oczami wyobraźni już widziała, jak ogień wybucha nagle, przysmażając pysk Mirage, a może i ją, choć stała dalej od miejsca, w którym miał się on za chwilę pojawić. W końcu samiec potarł małym drewienkiem o chropowatą powierzchnię i podpalił je. Precyzyjnym ruchem położył zapałkę na ścieżce z łatwopalnej cieczy i odsunął się, uważnie przyglądając się temu, jak płomień w równym tempie przesuwa się w stronę gniazda. Tam wybuchł z nową siłą, skwiercząc, gdy przypalał szczury. Ich piski szybko zamarły. Słychać było już wyłącznie strzelanie iskier.
   Rozstali się niedługo później, bez słowa. 

   Następną okazją do ich spotkania była rozmowa związana ze Zgromadzeniem. Choć jeszcze wcześniej tego samego dnia nie miała pojęcia, czym jest ta cała instytucja, zaproponowano jej, by stała się jego częścią. Do ostatniego momentu bawiła się z myślą, co ma zrobić z otrzymanym zaproszeniem. Zaproszeniem, które, jak się okazało, otrzymała dlatego, że to właśnie on zaproponował jej kandydaturę.
   - Dlaczego ja? - wyrwało jej się w środku "przesłuchania". Skierowała spojrzenie o trudnym do określenia wyrazie prosto na czarnego samca, ignorując przez tę chwilę pozostałych członków Zgromadzenia.
   Chciała znać odpowiedź na to pytanie, naprawdę chciała wiedzieć, co sprawiło, że podjął taką, a nie inną decyzję. Śmiała wręcz stwierdzić, że gdyby ją otrzymała, mogłaby ona zaważyć na jej ostatecznym wyborze. Ale Mirage milczał, nie patrząc nawet prosto na nią
   - Nieważne - westchnęła po chwili, choć w rzeczywistości było to bardzo (kurewsko wręcz, choć ona, jako suczka wychowana na damę, unikała przekleństw) ważne. - Przepraszam. Możemy kontynuować.
   Potem już ani razu nie spojrzała bezpośrednio na niego. Wędrowała od czasu do czasu wzrokiem po pyskach całej czwórki, lecz był to szybki ruch, który nie pozwalał jej nawet na zarejestrowanie szczegółów.
   Czy wybrał ją tylko i wyłącznie dlatego, że czuł się winny po tym, co zrobił? Czy tak chciał jej wynagrodzić to, że miała teraz niekoniecznie ładniusią bliznę pod żebrami? Jeśli tak, gardziła nim. Gardziła nim i samą sobą, bo zgodziła się przystąpić do Zgromadzenia, choć wciąż miała z tyłu głowy tę myśl, że na to nie zasłużyła. A jeśli nie był to rzeczywisty powód, a jedynie gra jej wątpliwości... nie wiedziała już sama, co ma o nim sądzić.
   Znowu rozstali się w milczeniu, a po niej do wagonu wszedł Romulus.

   Tym razem zauważyła go, gdy przemierzał ulice miasta, śledząc z rozsądnej odległości jednego z tych gigantycznych szczurów. Przez chwilę zawahała się i zatrzymała, obserwując go z oddali. Gryzoń biegł, więc Mirage musiał truchtać, by podążać za nim w podobnym tempie. To cholerstwo za sprawą dużego cielska miało też wielkie łapy. Ostatecznie ruszyła za nimi i była świadkiem tego, jak gryzoń nagle znika w jakiejś dziurze, przez którą psy nie miały jak się przecisnąć.
   - Znalazłam niedawno gniazdo. Dość małe, ale zawsze to coś. Nie zdążyłam go jeszcze zniszczyć. Chcesz mi towarzyszyć? - odezwała się, gdy ją zauważył, sama nie wiedząc, dlaczego tak właściwie mu to proponuje.
   Zgodził się. Zaprowadziła go więc do oznaczonego przez siebie przed spotkaniem w sprawie Zgromadzenia domu. Poszedł za nią do sypialni, pokazała mu uchyloną komodę.
   - Spalimy ich dom. Nie będziemy mieć litości - nawiązała do jego własnych słów, gdy skończył oglądać gniazdo. - W tamtym miejscu, z którego wziąłeś benzynę, było jej tam więcej?
   Było. Zaprowadził ją do starego magazynu znajdującego się w okolicy dworca, skąd wynieśli kolejne dwa baniaki z paliwem. Tym razem ścieżka była krótka - nie chcieli spalić całego domu, a jedynie komody. Ją samą polali jednak solidnie śmierdzącą cieczą. Z paczuszki, którą Mirage najwyraźniej zachował, wyjęta została kolejna zapałka. Już po chwili buchnął ogień. Drewniana komoda, strzępy ubrań, szczury - wszystko się paliło. Brudna ściana za meblem stawała się czarna za sprawą liżących ją raz po raz płomieni.
   Ustawili się w bezpiecznej odległości od ogniska i przyglądali mu się uważnie. Cat pozwoliła sobie na chwilę przymknąć oczy, wyobrażając sobie, że to ciepło i trzaskanie ognia dobiegają do niej z kominka. Za chwilę mogłaby ułożyć się w swoim koszyku i zasnąć. Gdyby miała wystarczająco dużo szczęścia, któryś z jej ludzi zauważyłby to, podszedł do niej i usiadł tuż obok. Oboje rozkoszowaliby się tą chwilą, on głaskałby ją lub drapał za uchem.
   Ale rzeczywistość była inna. Płonęło gniazdo szczurów, które panoszyły się po jej domu, którym już nie była tamta willa, a Strefa. Obok siebie nie miała człowieka, a Mirage, który jednak był jej rodziną, tak jak wszyscy inni członkowie sfory, mniej lub bardziej jej przychylni.
   - Mirage - zaczęła, pchnięta przez pewną myśl, która nagle zjawiła się w jej głowie.
   - Hmm? - mruknął jedynie, lecz spojrzał na nią kątem oka.
   - Tyle razy już mnie przepraszałeś, a ja jeszcze ani razu nic na to nie odpowiedziałam - zauważyła. - Wybaczam ci. Zapomnijmy o tamtej sytuacji, to był... wypadek.
   Uśmiechnęła się do niego, nieco blado. Nie chciała się już bać członka swej rodziny. Nie chciała też znów rozstać się z nim w milczeniu.

Mirage?
Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+ 10 Kości, + 1 SZYBKOŚĆ
▲
Catelyn, zdecydowanie bliżej Ci do wojownika, aniżeli do posłusznego psiaka, którym kiedyś byłaś. W kanałach metra nie ma miejsca na rozpamiętywanie przeszłości, szczególnie wtedy, gdy tak świetnie radzisz sobie z teraźniejszością. Po zniszczeniu kolejnego gniazda pamiętaj o środkach ostrożności. Szczury są prawdziwym utrapieniem. Czasem nawet płomienie nie mają nad nimi władzy. 
Zdobywasz +1 SZYBKOŚĆ, + 2 WYTRZYMAŁOŚĆ, + 2 SIŁA + 9 KOŚCI

Od Ljubicy CD. Malcolma

Czyli nie jest ciotą. Skoro wyruszył sam, aby się jej pozbyć, miał w sobie choć odrobinę odwagi. Ljubica zmierzyła basiora ostrym spojrzeniem, choć jego słowa względnie ją uspokoiły. Pokazała mu, że nie ma ochoty zatopić kłów w jego kufie. Przynajmniej na razie. Nie ufała białawemu owczarkowi, mimo, że jego ton głosu i postawa mogły do tego zachęcać. Był urodzonym przywódcą. Ona jednak nie była zdolna mu zaufać, nauczona, że ów pies wcale nie musiał być kimś dobrym. Zbliżyłby się do niej na krok, gdy ona, głupia, podziwiałaby perspektywę dołączenia do jego głupiej sforki. Przebierałby łapami tak długo, aż jej gardło znalazłoby się w zasięgu jego zębów. Tak, pewnie by zrobił coś podobnego. Skąd miała wiedzieć, czy basior będzie grał czysto? Ljubica przybrała pogardliwy wyraz pyska i uniosła nieco łeb. Musiał mieć plecy i nie zdziwiłaby się, gdyby wokół nich zaczajeni byliby jego wojownicy. Musiał mieć jakieś zabezpieczenie.
— Masz mi coś do powiedzenia? — fuknęła niecierpliwie, jakby wyczekując słów samca. Tamten przymknął jedynie ślepia i wziął wdech, zapewne ledwo trzymając zszargane nerwy na wodzy. Ljubica uśmiechnęła się złośliwie — Z zafascynowaniem posłucham o tej twojej grupce dzikich piesków, które trzymasz na smyczy.
— To świetnie, naprawdę! — wysyczał wściekle, by po chwili taktownie się odchrząknąć i przybrać bardziej poważny wyraz pyska — Bo sprawa jest niewiarygodnie prosta. Jesteś po naszej stronie, walczysz razem z nami lub odchodzisz z miasta. Natychmiast. Nie chcemy mieć tutaj żadnych wyrzutków, którzy będą wyławiać nam zwierzynę i ściągać na nasze legowiska szwendaczy.
Ljubicę ogarnęła złość. Ten wariat rościł sobie prawa do ruin miasta? Do całego ludzkiego imperium, które choć w gruzach, zachowało swoje dobra? Ku zdegustowaniu szarej, to on w tej chwili nad nią górował. Miał tę swoją sforkę, która wszędzie by za nim pobiegła. To gdzie ona miała iść? Tułać się po lasach w obliczu miejsca, gdzie miała możliwość zdobycia łatwego posiłku? Szara nie wiedziała, co ma o tym myśleć. Mieszane odczucia kotłowały się w jej łbie, doprowadzając ją do istnego szału. Czym ta sfora była? Jeśli psy były takie, jakie znała z jej dawnego miejsca zamieszkania, to powinna uciekać jak najdalej. Ludzkie więzienie trzymało na uwięzi zwierzęta, których już nigdy nie chciałaby w swoim życiu spotkać. Ale łowca, którego wczoraj widziała, nie wydawał się w żaden sposób zaszczuty. Łaciata miała ciało bez ran od kłów a jej ruchy były swobodne. I to jej ciągłe pieprzenie o kimś tam. Skoro miała czas się zakochiwać, to chyba była szczęśliwa, prawda? Jeśli Ljubica miałaby być szczera, to suka prezentowała się całkiem znośnie jak na psa żyjącego w tym świecie. Analogiczne wrażenie sprawiał biały samiec, który roztaczał wokół siebie aurę władzy i poważania. Nienawidziła tego, że mimowolnie chciał narzucić jej swoją wolę. Nie znała go i coraz bardziej marzyła, aby pokazać mu, że jest wolna i nikt nie będzie jej mówił, co ma robić.
— Nie będziesz mi rozkazywać — odparła głośno, mrużąc przy tym oczy. Zacisnęła szczęki, mimowolnie odczuwając presję wyboru. Czuła się coraz mniej pewnie w całej tej absurdalnej sytuacji. Sama już nie wiedziała, jaka decyzja będzie słuszna i zapewni jej dobry żywot. Ciągłe tułaczka nie była przecież czymś, o czym marzyła po nocach.
— Czyżby? Lepiej dobrze przemyśl swoją sytuację i zastanów się nad tym, kto tutaj ma władzę — agresja przebijała się w głosie psa, lecz jakimś cudem żadne nie skoczyło drugiemu do gardła. Ljubica z trudem przyswoiła wiadomość, że samiec także ma władcze zapędy. Gorzko zaśmiała się w duchu.
Podobał jej się. Jego postawa w tej sytuacji wyraźnie mówiła o tym, że byłby gotów bronić swojej sfory i nie zostawiłby jej tak łatwo. Na wiadomość, że ktoś zaatakował jego łowcę, wyruszył i stawił się osobiście. Skoro stanął na przeciwko niej w interesie jego grupy, to coś dla niego znaczyła. Ljubica zdjęła ze swego pyska żmijowaty wyszczerz i zerknęła na niego z większą powagą. Coś tam jednak był wart.
— Jak cię zwą, białasku? — tym razem Ljubica pozwoliła, by samiec do niej podszedł. Ta jego nieskazitelnie jasna sierść coraz bardziej irytowała sukę. Trzymała dystans, ale nie większy niż niecałe dwa metry. Basior obrzucił ją obojętnym spojrzeniem, choć czuła, że traktuję ją z powagą. I względnym szacunkiem mimo tego, jak go potraktowała.
— Jeśli dowiem się, jak wołają na ciebie, to z pewnością podzielę się z tobą moim imieniem — odpowiedział gładko, kładąc nacisk na pierwszą część swej wypowiedzi.
— Ljubica.
— Malcolm.
Taka krótka wymiana informacji była wystarczająca - przynajmniej dla Ljubicy. Dowiedziała się tego, czego chciała i nie musiała zbędnie strzępić języka. Szara nigdy w życiu nie spotkała się z takim imieniem, więc kilkakrotnie powtórzyła je w myślach, starając się je zapamiętać i przypisać do stojącej przed nią sylwetki. Pomału podniosła spojrzenie jasnych ocząt i wlepiła je w przywódcę ów sfory. Co robić? Przecież nie poprosi jak głupia o miejsce w tym dziwnym ugrupowaniu. I choćby chciała, nie poniży się aż tak, aby kogoś o coś błagać. Jej honor ucierpiałby na tym nieodwracalnie.
— Co tu robisz, Ljubica? Chcesz czegoś od nas? — samiec wziął głębszy oddech a jego nozdrza zadrżały.
— Słuchaj, białasku. Wydajesz się być... dobrym przywódcą. Jakimś cudem masz u mnie punkcik więcej do poważania. Ale rozejdźmy się tu. Ja nie będę wam przeszkadzać a wy dacie mi spokój. I wszyscy będą zadowoleni.
— Nie byłbym tego taki pewien — samiec uciął, marszcząc swe oblicze — Słyszałaś, co powiedziałem. Warunków nie zmienię. Nie mogę pozwolić, aby po okolicy szlajał się jakiś bezdomny i dręczył moje psy — Ljubica paskudnie się skrzywiła, gdy usłyszała zaimek.
Ljubica nie widziała, co może odpowiedzieć. Z jednej strony miał rację. Jeśli byłaby na jego stanowisku, to zagryzłaby intruza bez wahania - nie zamieniłaby z nim nawet słowa. A on? Gadał z nią już od dłuższej chwili i nie wydawał się chętny do jatki.
— Może pokażesz swoją siłę? Co ty na to? Szybki pokaz umiejętności — Ljubica w ciągu jednej chwili całkowicie pozbyła się odległości, która ich oddzielała. Ślepia jej błysnęły a mięśnie zadrżały, gdy poczuła, że za chwilę być może będzie walczyć — Pokonaj mnie. Pokonaj mnie a dołączę do was. Nie jestem bezużyteczna. Choćbym miała zabijać umarlaki, to jakoś się przysłużę.
Od psa emanowała siła. Ljubica była pewna swej przegranej, ale postawiła wszystko na jedną szalę. Pieprzyć tę walkę. Lepsza była dla niej porażka w bitce, niźli ukłon w postaci prośby. Zniesie wszystko z wyjątkiem żebractwa. A perspektywa dołączenia do sfory... nie brzmiała aż tak źle.

Malcolm?

Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+ 5 Kości, + 1 SIŁA