Pogodynka
Pora roku: lato
Oto czas, który niegdyś kojarzył się i ludziom, i ich czworonogom z wakacjami. Niektórym dopisywało szczęście i towarzyszyli swym właścicielom w rozmaitych podróżach, inni zaś, przerzucani z rąk do rąk, od babci do ciotki, czuli się odrzuceni i niechciani. W dzisiejszych czasach lato przynosi jedynie nieznośne upały, które błagają o wywieszenie jęzora, a wraz z przygrzewającym słońcem wzmacnia się odór szwendaczy, wędrujących między lasem a ruinami. To także sezon najsilniejszych burz, tornad i innych anomalii pogodowych, siejących chaos. Deszcze są ciepłe, powyłupywane chodniki miasta rozgrzane i gotowe do smażenia na nich jajek, bekonu i poduszek psich łap, a zombie - rozleniwione i spowalniane szybszym rozkładem ciał.
Wędrowny Handlarz
Aktualnie jest nieobecny.
Hej, dzieciaki, chcecie może trochę świeżego towaru? Mam tu coś na młodość, na starość, na szybkiego samobója... A może chcesz żyć wiecznie albo urodzić bachora... ekhem, szczeniaka, bez niczyjej pomocy? No już, chodź, rozejrzyj się, nie pożałujesz! Charcik, zadowolony z zysków, zapewnił psiaki, że niebawem wróci na tereny stada, by ich skroić z kolejnej porcji Kostek. Zrozumiał, że kluczem do sukcesu są zniżki!
Stan Sfory
Stan: Zagrożenie klęską
Mroczne dni nadeszły... Sforzan dopadły rozmaite, ciężkie do zgryzienia nieszczęścia, które przepowiedziała im dwójka przybyszów - A'lel i Viy Curay. Ponadto skąpa ilość łowców w stadzie z wolna zaczyna zbliżać psy do wielkiego głodu, bo ileż pożywienia może zapewnić jeden czy dwójka polujących? Dziś pewne jest jedno: dopóki plagi trwają, nikt nie zazna spokoju, żaden żołądek nie zapełni się do cna, a suchość w pyskach i strach będą nam stale towarzyszyć. Strzeżcie się, bo biada tym, którzy nie dołączą do grupowej akcji ratowania Sfory albo spróbują przetrwać w pojedynkę!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Event. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Event. Pokaż wszystkie posty

23 sierpnia 2020

Zawieszenie eventu

Drodzy Sforzanie,
event zostaje zawieszony. Póki co, Wasze postacie mogą żyć tak, jakby plagi nie istniały. Fabularnie potraktujecie to na zasadzie zakończenia trzeciego etapu i przerwy od odwiedzin A’lel i Viy Curaya. Taka decyzja została przeze mnie podjęta z kilku względów, ale wymienię te najważniejsze:
— aktywność jest znacznie niższa, prawdopodobnie ze względu na okres, w jakim się właśnie znajdujemy, wielkie niewiadome związane z edukacją, a także przez liczne nieobecności, bo niektórzy z was wciąż są na ostatnich wyjazdach i chcecie się nimi cieszyć, w czym nie ma niczego złego ani niewłaściwego,
— nie będę w stanie dłużej prowadzić tego wydarzenia praktycznie w pojedynkę, bo czeka mnie wyjazd za trzy dni, gdzie będę chciała zrelaksować się przed pójściem na studia (trzymajmy wciąż kciuki, żeby mnie przyjęli na wymarzony kierunek), ale również muszę znaleźć pokój do wynajęcia i zająć się formalnościami,
— nie przynosi mi to takiej przyjemności, jak wcześniej, zaczęłam to robić na siłę i potrzebuję urlopu, jednakże moja nieobecność będzie związana tylko z fabularną aktywnością, jako administrator nadal będę wstawiać formularze, rezerwacje i odpowiadać na pytania, rozwiewać wątpliwości, a z czasem pociągnę dalej event, jednak moja postać pozostanie milcząca do chwili, w której znów nie poczuję chęci do prowadzenia jej.
Życzę Wam w imieniu całej administracji przyjemnej reszty wakacji i spokojnego powrotu do szkolnych ławek bądź na wykłady. Dla niektórych z Was to czas wielkich decyzji, nie tylko związanych ze studiami, ale i z wyborem szkoły średniej. Mam nadzieję, że wszystkim uda się podjąć nauki w miejscach, które sobie wymarzyli.
Powodzenia, Sforzanie i Ty, osobo, która tu tylko zaglądasz.

20 sierpnia 2020

[Pięć Plag] Od Betelgezy do Hany - Trzecia Plaga

  Oficjalnie stała się członkinią niewielkiej, psiej społeczności. Od tego momentu los ów stada po części spoczywał na jej barkach, w końcu to ona z innymi łowcami miała zapewnić innym pożywienie, aby nikt nie głodował. Czuła się nieco dziwnie z tym faktem, jednak miała nadzieję, że szybko nauczy się życia w grupie. Nie jest to takie trudne, prawda?
 Poznała każdego z członków stada. Większym zainteresowaniem obdarzyła psy, które tak jak ona znajdowały się w sekcji łowieckiej, ponieważ bardziej zależało jej na zbudowaniu relacji z nimi, a przynajmniej próbowała tego dokonać. W końcu od teraz tworzyła z nimi czarno-biały zespół, musiała więc utrzymywać z dwiema samicami dobre stosunki.
  Tak czy siak, z żadnym z członków nie miała większej relacji. Zamiast jakoś spróbować z kimś nawiązać bliższą znajomość, Betelgeza skupiła się na zapamiętaniu imion każdego z osobna oraz funkcji, które pełnią. Postanowiła również na początek obserwować ich zachowania, spróbować jakoś odczytać ich osobowość, a następnie rozpocząć tworzenie relacji.
  Na ów czynność miała dużo czasu, gdyż z powodu plagi najróżniejszych owadów, każdy pies był zmuszony przesiadywać w metrze, nie chcąc się narażać na atak ze strony insektów.
  Było ciężko, tego nie dało się ukryć, czy nawet zaprzeczyć słowem. Z kryjówki nie dało się praktycznie wyjść, gdyż od razu na psie ciało rzucały się natarczywe muchy, pszczoły, komary. Z tego też powodu Betelgeza w ogóle nie poruszała się poza metrem. Wizja licznego pogryzienia przez owady w ogóle ją do tego nie zachęcała, już wolała bliskie spotkanie ze szwendaczem, niż użerać się z bolącymi bąblami, czy opuchliznami.
  Głód nie pomagał w przetrwaniu klęski. Stado do dyspozycji miało jedynie szczury, które z powodu swej maleńkości, nie napełniały żołądka do syta. Na szczęście mieli zapasy wody, ale mimo to, Geza nie czuła się spokojniej, przecież żywność i woda może się skończyć, w końcu nie wiadomo, kiedy cały ten koszmar minie.
  Betelgeza przebywała w jednym z wagonów, leżąc na grzbiecie. Swoje spojrzenie wlepiła w brudny i podniszczony sufit, tak jakby dostrzegła tam coś ciekawego. Będąc "uziemioną" szukała jakiegokolwiek zajęcia, a w takiej sytuacji nawet gapienie się w jeden punkt zabijało nudę. Momentami jej żołądek domagał się posiłku, ale ów wołanie ignorowała. Nie chciała marnować żywności, postanowiła, że posili się, kiedy naprawdę już nie będzie w stanie funkcjonować. Nie raz musiała żyć bez jedzenia, więc niech będzie i tak tym razem.
  Gorąc dostawał się do jej wnętrza, przez co swój język musiała wystawić na ciepłe powietrze, aby móc się nieco schłodzić. Czuła, jak jej opuszki łap zalały się potem, nie cierpiała ów odczucia. Wstała więc, uprzednio, ociężale przewracając się na swój brzuch. Stawiając kroki, można było dostrzec, że suka pozostawia mokre ślady swych łap.
  Wyszła z wagonu, po czym podeszła do niewielkiej kałuży, która utworzyła się z maleńkich kropel, dostających się przez niewielkie szczeliny. Betelgeza zamoczyła język w cieczy, przez chwilę czując ulgę. Uniosła łeb, a parę kropel skapło z jej pyska. Porozglądała się po pół ciemnym otoczeniu, dostrzegając zaraz jednego z członków sfory. Po krótkim przyjrzeniu się, w postaci rozpoznała Hanę, jedną z łowczyń.  Początkowo miała ją po prostu zignorować, lub jedynie rzucić kilka słów i odejść, ale pomyślała, że może jednak zgodzi się na jej propozycje. Kiedyś musi być ten pierwszy raz, czyż nie? Musiała w końcu stworzyć jakąś relacje z pozostałymi łowczyniami, od tego nie była w stanie uciec.
— Szczury nie będą tutaj wiecznie —  zagaiła obojętnym tonem, siadając obok samicy o bursztynowych ślepiach. Myśląc, że dzieląca z nią stanowisko suka się nie odezwie, Betelgeza zdecydowała się kontynuować wypowiedź: — Co byś powiedziała, aby spróbować znaleźć chociaż jednego z nich? Pomoc drugiego łowcy zawsze się przyda — dodała, bez żadnego owijania w bawełnę.

Hana?

15 sierpnia 2020

[Pięć Plag] Od Catelyn CD. Xaviera - Trzecia Plaga

   Dziwna para zapowiadająca kolejne nieszczęścia pojawiała się i znikała. Gdy A'lel i Viy Curay powracali na tereny bezpiecznej Strefy, nękające wcześniej psy nieszczęścia znikały, a gdy odchodzili, najwyraźniej ponownie nie osiągnąwszy swego celu, pojawiały się kolejne. Miło było odpocząć od tych dziwnych zmutowanych szczurów, lecz atak najeźdźcy w postaci całych chmar przeróżnych owadów był marnym pocieszeniem. Członkowie sfory przenieśli się do podziemi, gdzie, za sprawą jakiegoś dziwnego trafu, insekty najwyraźniej nie miały zamiaru się zapuszczać.
   Od tych ciemnych korytarzy dało się zwariować. Nie miała co liczyć na jakiekolwiek urozmaicenia, od kilku dni oglądała te same ściany. Nieważne czy bliżej centrum metra, czy dalej, wszystko wyglądało tak samo. Zapach zgnilizny czuło się tu rzadko, pracy nie było więc zbyt dużo. Miała ochotę wyjść stąd, nic nie robić sobie z czyhających na nią na powierzchni niebezpieczeństw, lecz, jeśli miała być szczera, nie miała ochoty przez następny tydzień drapać się jak głupia, rozdrapując ugryzienia aż do krwi.
   Zaschło jej w pysku, zaczęła się więc rozglądać jeszcze bardziej rozpaczliwie, choć w tym miejscu i tak niewiele widziała. Woda była w końcu widokiem o wiele bardziej pożądanym od żywego trupa, zwłaszcza po tym niedoborze wody (spowodowanym zresztą, surprise, surprise, przez tych dziwacznych wysłanników swej pani, kimkolwiek by ona nie była), który nauczył ją szacunku do niej i wdzięczności za to, że ma co pić.
   Kap, kap - rozkoszny dźwięk. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby cokolwiek widziała w tych ciemnościach. Woda nie miała zapachu, nie było więc szans, by mogła odnaleźć tu jej źródło za pomocą nosa. Ale Cat, jak już nieraz się przekonała, była w czepku urodzona i oto coś zimnego i, jak jej się w pierwszej chwili zdawało, obrzydliwego, spadło jej na pysk, poważnie wytrącając ją z równowagi. Zanim się uspokoiła, kilka kolejnych kropel uderzyło ją to w pysk, to w czaszkę. Obrzydlistwo okazało się być wodą. Wciąż nieco otumaniona, wykonała dwa kroki w tył. Gdyby spojrzała w górę, może jakimś cudem udałoby jej się dostrzec gęstą sieć pęknięć w suficie, lecz ona wręcz wbiła pysk w ziemię. Nie obchodziła jej góra, kiedy gdzieś tu, na dole, musiał się zbierać jej napitek.
   - Eureka - mruknęła sama do siebie, gdy przyciśnięty do betonu nos zsunął się nagle i wpadł w wodę, a ona sama pozbyła się jej z niego.
   Prychnęła jeszcze kilka razy i upiła to, co znalazła - nie było tego wiele.
   - Pora wrócić do pracy.
   I wróciła. Nie wiedziała, jak długo tak szła, lecz nie znalazła nic. Zawróciła z głośnym westchnieniem dopiero wtedy, gdy zaczęły ją boleć łapy. Wędrówka do wagonu generała była mniej męcząca, a gdzieś w jej wnętrzu coraz dalej przelewała się wypita woda.
   - A któż to nas w końcu zaszczycił? - usłyszała jeszcze zanim położyła łapę na podłodze wagonu.
   Warknęła cicho, tak, że nikt z zebranych w pomieszczeniu jej nie usłyszał. Miała serdecznie dość tego dupka - nie miała już nawet sił, by pilnować swojego języka i wybrać mniej prostackie określenie. Nie odezwała się ani słowem, stanęła tylko wśród pozostałych szeptaczy, u boku mając Decoy, do której uśmiechnęła się delikatnie.
   - Jak wiecie, przez plagę owadów patrolujecie teraz jedynie korytarze metra. Szwendaczy jest tu jak na lekarstwo, więc lepiej by chyba było powiedzieć, że spacerujecie sobie korytarzami metra. Jeśli ktokolwiek z was uważa, że stać go na cokolwiek - rozejrzał się po swych podwładnych, na jednych z większą pogardą ("Zgadnijcie, cholera, na kogo z największą?", spytałaby Cat, gdyby opowiadała komuś o przemowie zwierzchnika szeptaczy), na innych z ciut mniejszą - powinien przejść się na powierzchnię i tam pobawić się z truposzem czy dwoma. Och, nie zapominajcie też o upolowaniu czegoś dla sfory - prychnął. - A teraz wynocha.
   Prawie wszyscy od razu wykonali to polecenie - jako jedyna nie zrobiła tego Catelyn. Wpatrywała się wciąż w niego z konsternacją wymalowaną na pysku, ostatnimi siłami powstrzymując się od wygłoszenia mu tu i teraz, co o nim sądzi.
   - A ty co? Jakieś problemy z przetwarzaniem i wykonywaniem poleceń?
   Xavier wykonał krok w jej stronę, lecz zatrzymał się, gdy przemówiła:
   - Catelyn. Mam na imię Catelyn. Świetnie zdajesz sobie z tego sprawę, użyłeś go w końcu zaraz przed tym jak... - wzdrygnęła się, przypomniawszy sobie, jak nachylił się wtedy ku niej i prosto w jej ucho wyszeptał te kilka słów, których wolałaby nie pamiętać, lecz zapewne będą siedzieć w jej głowie do końca jej życia - a mimo to uparcie unikasz używania go poza tym jednym jedynym przypadkiem - dodała, gdy wrócił jej wątek. - Nie jestem już tym żółtodziobem, który trafił tu te kilka miesięcy temu. Nie jestem już "pupilkiem", psiakiem salonowym, którym byłam kiedyś i z którego to powodu, jak świetnie zdaję sobie sprawę, byłam lekceważona przez innych. Jestem silniejsza, szybsza, bardziej wytrzymała i zwinna niż wtedy. Wciąż się rozwijam. Wśród szeptaczy umiejętnościami przewyższają mnie jedynie Decoy i Romulus, i nie ma szans, żebyś mógł tego nie dostrzegać, pracując ze wszystkimi z nas. Zostałam wybrana na jednego z członków Zgromadzenia. A mimo to wciąż traktujesz mnie jak nędznego robaka, którego mógłbyś szybko rozdeptać. Nie dam się rozdeptać, Xavierze - pokręciła głową.
   - Zaraz się zapowietrzysz - prychnął jedynie w odpowiedzi na jej monolog, a na jego pysku nie widać było nawet śladu jakiejkolwiek reakcji na jej słowa. Wciąż patrzył na nią tak, jak ktokolwiek inny patrzyłby na spotkane na swojej drodze cudze odchody.
   Po co tak właściwie poświęciła tę chwilę swojego życia, by spróbować jakkolwiek na niego wpłynąć? Dlaczego zachowała się jak głupi młokos, wygłaszając przed nim listę swoich atutów, które obchodziły go zapewne tyle, co zeszłoroczny śnieg?
   Chciała, by ją zaakceptował. Poruszyła ją ta pogarda, którą słyszała w jego głosie, gdy po raz pierwszy i, przynajmniej do tej pory, ostatni, wypowiedział jej imię. Jednocześnie miała też dość bycia tylko "nią". Chciała słyszeć, jak zwraca się do niej tak, jak należy, bez tych całych negatywnych emocji.
   Tylko dlaczego?
   - Może nie usłyszałaś za pierwszym razem, więc wykażę się świętą cierpliwością i powtórzę: wy-no-cha - wycedził przez zęby, sylaba po sylabie.
   Już prawie wyszła z wagonu, ten kot z kurzu spoczywający w rogu pomieszczenia był jej świadkiem, lecz usłyszała coś, co kazało jej się zatrzymać - cichutkie popiskiwanie. W ostatnim okresie zdołała dobrze poznać ten odgłos - oznaczał on, że gdzieś w pobliżu czaił się jej ówczesny największy wróg:
   - Szczury - mruknęła, odwracając się ponownie w jego stronę. - Masz tu gdzieś szczury.
   Nie zwracała już na niego uwagi. Przycisnęła nos do podłogi, wytężyła słuch. Choć była teraz w stanie usłyszeć ciche skrobanie, nie słyszała jego warknięć. Selektywna uwaga słuchowa była jednak świetną sprawą.

Xavier? 

13 sierpnia 2020

Event. Etap 3


Rzekła Pani do A'lel: «Wstań rano, by spotkać się z przywódcą, gdy będzie wychodził nad wodę. Powiesz mu: To rzecze Pani: Szanuj Stworzenie całe i nie krzywdź bliźnich wszelkiego gatunku, nie więź nikogo, nie odbieraj wolności. Jeżeli nie posłuchasz głosu mego, to Ja ześlę owady na ciebie, na twoje sługi, na lud twój i na twoje domy, tak że ziemie Sforzan zostaną napełnione muchami, komarami i osami, a nawet grunt, na którym będą. Lecz oddzielę w tym dniu Dolinę Dusz, którą zamieszkują me Dzieci, a nie będzie tam much, komarów i os, abyś wiedział, że Ja, Pani, rządzę w całym kraju.» I uczyniła tak Pani, i sprowadziła mnóstwo much, komarów i os na terytorium Sfory, do domów sług jego i na całą ziemię egipską. Miasto i okoliczna zieleń została opanowana przez owady. Zawołał więc Malcolm po A'lel i Viy Curaya. Odpowiedział on: «Wstawcie się za mną.» A'lel błagała Panią. Pani zaś nie uczyniła według próśb A'lel i nie usunęła much, komarów i os od przywódców, sług jego i od jego ludu.

Nadszedł dzień, w którym szczury przestały nękać Sforzan. Wiele gniazd zostało zniszczonych z powodzeniem, a gryzonie, którym udało się przetrwać poginęły, miażdżone przez potężne psie szczęki. Obyło się bez ofiar. Poza drobnymi ranami, które odniosły psy ze stada podczas potyczek ze szkodnikami, wszystko przebiegło niezwykle sprawnie i efektywnie. Mimo zmęczenia, wszyscy wiedzieli, iż nie będzie to koniec. Nauczyli się, by zbyt łatwo nie triumfować po ostatniej, pierwszej pladze, kiedy niepotrzebnie stracili czujność, gdy tylko rzeki i inne okoliczne wody oczyściły się.
A'lel, w towarzystwie Viy Curaya, powróciła jak na zawołanie, patrząc z dumnie uniesionymi łbem i przymrużonymi ślepiami na wycieńczonych członków Sfory, by wysłuchać prośby Malcolma o spotkanie nad rzeką następnego dnia, skoro świt. Doskonale wiedział, co go czeka, jednak nie tracił nadziei. Okazał się nieco mniej ugięty od Blodhundur, gotów był przystać na warunki domniemanej Bogini, o której bez przerwy mówił wrogi duet i nie łamać danego słowa, niemniej nie przyniosło to pozytywnych skutków i w rezultacie nadeszły dni, które na długo uwięziły czworonogów pod ulicami miasta, w tunelach metra, które większość znała już doskonale. Wściekłe muchy, komary i osy zdominowały zarówno ruiny dawnej, tętniącej życiem miejscowości, jak i okoliczne lasy, łąki, pola... Przynajmniej nie dotykały rzekomej Doliny Dusz, o której wspomnieli intruzi, wysłannicy swej Pani. Nikt jednak nie wiedział, czy istnieje i gdzie należy jej szukać.

Obowiązujące etykiety: Trzecia Plaga, Pięć Plag, Event

Psy są zmuszone do przebywania wyłącznie w metrze, ponieważ - dziwnym trafem i jakimś cudem - owady nie próbują nawet wtargnąć do podziemi. Niestety, na niewiele się to zdaje, kiedy woda i pokarm są na powierzchni, prawda? Na całe szczęście, psom zostały upolowane szczury podczas poprzedniej plagi (a także te, które dziko biegają po torach i we wszystkich skrzydłach naszego domostwa) oraz woda w wiadrach, kanistrach, baniakach, butlach... i skapująca z dziur w stropie, wprost do wydrążonych w betonowych peronach dziur, ostając się w formie sporych kałuż.
Każde wyjście na powierzchnię to pewny atak ze strony owadów. O ile muchy są jedynie uciążliwe, o tyle komary doprowadzają do nabycia olbrzymiej ilości swędzących ugryzień, zaś osy do bolesnych bąbli. Lepiej uważać, by żadnej nie połknąć ani nie dać się ukąsić w nos... Każde pojedyncze opowiadanie, w którym pies przebywa poza metrem, to -5 HP, jeżeli zostaje opublikowane w godzinach 5:00-23:59, czyli w ciągu dnia na blogu. Dodając posty od 0:00 do 4:59 postać otrzyma mniej obrażeń, czyli -3 HP, poruszając się na powietrzu pod osłoną nocy. W opowiadaniach trzeba uwzględniać porę, jaka panuje, zgodnie z podanymi ramami czasowymi.
Na tym etapie nierozważne gospodarowanie Punktami Życia może doprowadzić postać do śmierci, gdy liczba HP spadnie do zera. Po pięciu opowiadaniach pod rząd poza obrębem metra pies, który posiada mniej niż 10 punktów Wytrzymałości otrzymuje dodatkowe -3 HP z każdym kolejnym opublikowanym postem, zarówno nocnym, jak i dziennym.
Bez względu na to, czy wykonujecie zadania, czy nie - wszystkich dotyczą powyższe wytyczne.
Z owadami nie jesteśmy w stanie walczyć, są na to zbyt małe i za szybkie, w dodatku atakują pokaźnymi grupami. Wszyscy musimy to przeczekać i mieć nadzieję, że nie stracimy zbyt wielu psów. Niech szczęście nam sprzyja.


Instynkt głodnego drapieżcy
Wybiliście większość szczurów, które was nękały, brawo! Ile z nich odnieśliście bezpiecznie do stadnej spiżarni? Ile zjedliście natychmiast? A ile pozostawiliście zwłok, fuknąwszy na tak lichy posiłek? Teraz, w tunelach, ciężej znaleźć szkodniki, którymi można zapełnić brzuch, ale warto próbować.

Szczury trafiają się co kilka opowiadań (ogólnie, nie jednej, konkretnej postaci), o czym decyduje Mistrz Gry, zezwalając wam na upolowanie jednego bądź kilku. Liczą się statystyki.
Nagrody: +5 do losowych statystyk, +9 kości

Odwaga czy głupota?
Ciężko w podziemiach o syty posiłek... Odważysz się, by wyjść poza metro i zapolować dla stada? Lub dla siebie, wykazując się egoizmem? Owady nikogo nie potraktują ulgowo, ale może jeśli się pośpieszysz, to zdołasz uniknąć powikłań, związanych z ukąszeniami i ugryzieniami?

Masz okazję wykazać się swoimi łowieckimi umiejętnościami i zdecydować, czy spędzisz mniej czasu na powierzchni, licząc na obecność szczurów w mieście, czy też poświęcisz się i wyruszysz w las i nad rzekę po pewne łupy, znacznie większe, strzeżony przez bystre oczy Mistrza Gry? To on zdecyduje, ile potrzebujesz czasu, by wytropić, dorwać i dotargać do metra świeży posiłek dla własnego żołądka, ale i dla zaspokojenia głodu innych psów.
Nagrody: +6 do losowych statystyk, +10 kości

Event. Etap 2. Podsumowanie

Sforzanie, oto koniec drugiego etapu eventu "Pięć Plag"! Przed Wami kolejny, jeszcze bardziej wykańczający. Mamy nadzieję, że Wasze postacie są gotowe na wyzwanie, jakie przed nimi niebawem stanie. Pamiętajcie, że wciąż macie szansę na zwyciężenie w całym wydarzeniu. Przejdźmy jednak do tego, czego post w rzeczywistości dotyczy (zaś lanie wody zostawmy w spokoju do rozprawek na polskim) - podsumowania Drugiej Plagi!

Tym razem pojawiło się aż trzydzieści opowiadań! WOW! Pokazaliście, na co Was stać. Aktywność była, i jest, naprawdę godna podziwu. Niestety, na niekorzyść postaci, niewiele psów odłożyło szczurze zwłoki do spiżarni, nie tworząc sobie żadnego zaplecza na kolejną plagę. Ale o tym będzie w kolejnym podsumowaniu, za kolejne dwa tygodnie. Tym razem czworonogi nie otrzymują żadnej kary do Punktów Życia. To, co mieliście stracić w trakcie tej części, już macie za sobą. Obrażenia zadane przez gryzonie były wystarczającym osłabieniem.

Wiecie, na co przyszła pora? To doskonały moment na werdykt, kto tym razem zwyciężył. Otóż na pierwszym miejscu tego podium zasiada tym razem ROMULUS! Zagwarantował to sobie najciekawszą metodą zniszczenia gniazda: zatruciem szczurów odpowiednio zainfekowanym cielęciem oraz wielokrotnym podejściem do zadań. Nagrody, jakie otrzymuje to: 35 Kości, 4 punkty do samodzielnego rozdzielenia w statystykach i Serce Golema.

Ponadto KAŻDY uczestnik (włącznie ze zwycięzcą), czyli wszystkie postacie, które napisały przynajmniej jedno opowiadanie z wykonanym zadaniem, zostają obdarowane 10 Kostkami oraz 1 punktem Wytrzymałości, Szybkości oraz Siły, tak jak poprzednio.

Wielkie gratulacje dla zwycięzcy i reszty piesków, walczących dzielnie z plagami!

10 sierpnia 2020

[Pięć Plag] Od Hany Do Nayi - Druga Plaga

Haneczka z ciekawością przyglądała się nowej, która wolnym krokiem odchodziła wraz z Malcolmem w stronę centrum. Usłyszała jedynie strzępki rozmowy dwóch psów, ale udało się jej wyłapać nazwę profesji, którą w przyszłości obejmie. Na wiadomość, że nowy łowca dołączył do sfory, Hana uśmiechnęła się szeroko. Nie miała pewności, czy ów dama zostanie do sforki przyjęta, ale tak właściwie łaciata nie potrafiła dostrzec żadnych przeciwności. Suczka przedstawiła się jej już wcześniej jako Naya, ale łaciata trzymała ją na dystans i nie rozpoczęła żadnej pogawędki. Po akcji z pewnym szarawym wilczurem wolała nie zagadywać do obcych z własnej woli, w szczególności, że nie każdy był nastawiony pozytywnie wobec nieznanych mu psów. Teraz jednak Naya stała się jej towarzyszem, z którym będzie niemalże codziennie polować na wszystko, co da się zjeść. Hana nie ukrywała, że zależało jej na pozytywnych relacjach z drugim łowcą. Ich fach wymagał bezwzględnej ufności w dwie strony - jedno zawahanie mogło zepsuć całe misternie przygotowane polowania. Nie bała się jednak, że się nie zaakceptują. Suczka wydawała się przyjaźnie nastawiona i raczej nie zależało jej na wywoływaniu burd - w razie czego Hana gotowa była pokazać, że dla rozgrzewki będzie w stanie zawalczyć. Zależało jej przede wszystkim na owocnej współpracy. A do czego dojdą przy okazji, to już inna sprawa - łaciata miała jednak cichą nadzieję na przyjaźń. Ostatni raz obrzuciła odchodzącą parkę spojrzeniem i ruszyła w swoją stronę.

W tunelu panował półmrok, który sprawiał, że Hana nie chciała tutaj przebywać. Łaciata nie miała bladego pojęcia, czemu tak właściwie znalazła się obok gniazda, wokół którego dzień wcześniej rozsypała trutkę. Przypadek? Może. — pomyślała nieswojo i spróbowała doszukać się szczurów, jednak z marnym skutkiem. Nie musiała jednak długo czekać na ich reakcję, bo już po chwili gryzonie znalazły się tuż obok niej. Kilka osobników rzuciło się na nią z gwałtownym piskiem, jakby to właśnie Hana miała być ich dzisiejszym obiadem.
— Zgłupieliście? — wymsknęło się łaciatej, gdy jeden niemalże ją ugryzł w tylną łapę — Łowcę tak atakować?
Haneczka nie zamierzała być próżna w obliczu tak wielkiej zniewagi. Schyliła nieco łeb i złapała pierwszego, który znalazł się niebezpiecznie blisko jej ogona. Zacisnęła zęby na jego lichej szyjce, by po chwili odrzucić zwiotczałe ciałko na bok. Pewnie młodziak - brawura odebrała mu logiczne myślenie i skończył tak, a nie inaczej. Haneczka była natomiast w swoim żywiole. Kąsała szczury po bokach, niemalże się z nimi bawiąc czy drocząc. Chciała, aby się zmęczyły. Wystarczy, że zada im kilka śmiertelnych ran - wykrwawią się same, we własnym towarzystwie. Krew leciała strużkami z pyska i łaciata była pewna, że zanim wróci do sfory, będzie musiała odwiedzić rzekę. Czyżby szczurki się na nią zdenerwowały? Szkoda, bo miała dzisiaj dobry humor. Gdyby nie ich atak, to Hana by ich pewnie nie zauważyła a się z tym wiążę - nie zapolowała na nie. Tym razem jednak szczura rzeź była nieunikniona, bo gryzonie wlazły Haneczce na bolesny odcisk. Otóż panna bardzo nie lubiła, gdy ktoś zdawał się być lepszym łowcą od niej. A czy takiego szczura można było do niej porównywać w jakimkolwiek aspekcie?
Hana odetchnęła i nieznacznie rozciągnęła łapy. Wokół niej leżały szczurze ciała, ale suczka podeszła tylko do tych, które wyglądały na najmniej uszkodzone. Zebrała je w małą kupę i chwyciła w zęby, kierując swoje kroki do centrum sfory. Zaniesie je do spiżarni i odetchnie u siebie, choćby na kilka godzin. Może zje jednego? Od wczoraj chodziła o pustym żołądku. Od zmęczenia bolały ją łapy i choćby z tego powodu odwołała w myślach swoją wyprawę nad rzekę. Po prostu nie miała już sił na taką błahostkę a rezerw za żadne skarby nie chciała marnować. Oczywiście, byłaby jeszcze wstanie zapolować i przytachać tu dzika, ale potem byłaby wrakiem. Niepotrzebnie, skoro siły może sobie zrównoważyć.

Hana cichutko oparła łapy na podeście wagonu czarno-białej i z nieukrywaną ciekawością wlepiła spojrzenie w spokojnie śpiącą. Odczekała dwa dni, aby Naya mogła oswoić się ze wszystkimi nowymi rzeczami i tym samym poczuć się nieco lepiej w nowym otoczeniu - łaciata doskonale pamiętała swoje pierwsze kroki w tym miejscu i odczucia z nimi związane. Bez Blod nie dała by rady, to pewne. Ale czy Naya ma swojego przewodnika? A może go po prostu nie potrzebuje? Wyglądała na zaradną, każdy jednak ma jakieś pytania i nie od początku potrafi połapać się w tunelach. Hana zmarszczyła nieco brwi. Suczka była pogrążona w głębokim śnie a jej boki unosiły się rytmicznie. Żal jej było ją budzić, ale cóż ona może na to poradzić? Na pewno zdążyła sobie odpocząć.
— No dobrze — wybiła się ostrożnie i wskoczyła do wagonu, nie zwracając uwagi na unoszący się w powietrzu kurz — Koniec tego dobrego. Wstajemy, kochanieńka! Zwierzyna nam poucieka.
Naya gwałtownie podniosła łeb i zamrugała kilkakrotnie oczyma, chcąc jak najszybciej powrócić do świata świadomych. Udało się jej po zaledwie kilku sekundach. Hana na ten widok uśmiechnęła się delikatnie. Naya ostrożnie wstała, rozciągnęła przednie łapy i mlasnęła jęzorem.
— Dobry nawyk — rzuciła, stając w wyjściu — Poznałyśmy się już wcześniej, pamiętasz mnie?
Przez kilka sekund Naya trwała w bezruchu, próbując zapewne ją skojarzyć. Nagle jednak poruszyła nieznacznie głową i skierowała ją w stronę nieco niższej suczki. Haneczka w duchu była wściekła, że kolejny pies jest od niej wyższy. Westchnęła jedynie i wlepiła spojrzenie w czarno-białą.
— Hana? — zapytała. Po tonie głosu było czuć, że była tego pewna, ale wolała się na wszelki wypadek zapytać. I dobrze.
Łaciata z zadowoleniem skinęła głową i ruszyła w stronę wyjścia ze sfory. Gdy zauważyła, że Naya nie poszła za nią, aczkolwiek obserwuje ją ostrożnie, odwróciła się i przystanęła. Uniosła nieco brwi w udawanym zaskoczeniu.
— Ruchy, Naya. Łowy same się nie odbędą a ty masz pecha, że trafiłaś akurat na mnie — Hana siąknęła nosem. Zapewne od tego cholernego kurzu w wagonie nowej łowczyni — Chcę zobaczyć, co potrafisz. Dzisiaj uraczymy sforę dorodnym dzikiem a ty mi w tym pomożesz.
Haneczka zdążyła już zauważyć, że Naya może się pochwalić smukłą, niemalże charcią sylwetką. Sama taką posiadała, aczkolwiek w mniejszym stopniu. Z każdą chwilą była więc jeszcze bardziej ciekawa, jak sprawi się Naya. Musiała być szybka, ale to nie wystarczy łowcy. Trzeba jeszcze zwierzynę ubić, prawda? Na szczęście jej mentorskie zapędy ukoiło futro, które było w doskonałym wyglądzie jak i porządku. I tym mało ważnym szczególikiem Naya zyskała sobie szczerą sympatię Hany.
— Już cię lubię — powiedziała, gdy suczka do niej podeszła.
— Za co? — Naya otworzyła szerzej oczy i otworzyła pyszczek w zdumieniu, nie wiedząc pewnie, o czym Hana w ogóle mówi.
— Za czyste futro. No, ruchy. Jeśli będziemy takie wolne, to nasze plany pójdę w cholerę.

Naya?

Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+ 10 Kości, + 1 szybkość

▲
Haneczko, atakowałaś jak prawdziwy wojownik. Napracowałaś się, za co otrzymałaś podziw i uznanie stada. Być może ktoś dzięki tobie napełni żołądek, choć powinnaś sama skosztować swojej zdobyczy. Pusty żołądek to bolesna sprawa. Jedz ile zdołasz, bo może się okazać, że i zatęsknimy za szczurami jako zjadliwym pokarmem. Nikt nie zna dnia ani godziny. Znam je tylko ja.

Zdobywasz +2 SZYBKOŚĆ, + 2 WYTRZYMAŁOŚĆ, + 2 SIŁA + 10 KOŚCI, WYJEC

[Pięć Plag] Od Hany - Druga Plaga

Malcolm zaczepił Hanę, gdy ta opuszczała przestronny wagon dowództwa. Jej sprawa w tym miejscu była wiadoma chyba już dla każdego jego mieszkańca - przyszła, by zamienić słowo z Blodhundur i spróbować ją gdzieś wyciągnąć. Ciemna jednak skutecznie zaoponowała, tłumacząc się natarczywym zmęczeniem, obolałymi łapami i silną potrzebą pobycia samą ze sobą - Hana na tę próbę izolacji fuknęła i udała obrażoną. Dopiero pod wpływem błagalnego spojrzenia ciemnej, łaciata parsknęła śmiechem i się pożegnała. Nie chciała być natarczywa a każdy miał swoje gorsze dni. I choć Hana chciała Blod jakoś podnieść na duchu, to nie mogła przecież tego robić na siłę, prawda? Już miała ruszać w stronę swojego legowiska, popędzana pustym żołądkiem, lecz głos drugiego Przywódcy skutecznie odwiódł ją od tego pomysłu. Haneczka odwróciła się i zdenerwowana stanęła przed białym owczarkiem, który wlepił w nią intensywne spojrzenie swoich ciemnych oczu. Basior przystanął kilka kroków przed nią, dumnie się prostując. Hana z bólem zauważyła, że samiec jest od niej nieco wyższy. Nieco bardzo. Nie miała wcześniej okazji stanąć obok niego tak blisko i z bólem serca przeklinała swój wzrost małego kalibru. Już przy Blodhundur czuła się o wiele lepiej, choć ta także nad nią górowała. Westchnęła w duchu i uniosła nieco łeb, chcąc złapać z nim kontakt wzrokowy. Nie był olbrzymem, choć jego wielkość i tak wprawiała Hanę w niejakie zakłopotanie.
— Dobrze, że cię złapałem — pies leniwie zmrużył ślepia i wziął oddech, zapewne chcąc szybko przekazać jej to, co chodziło mu po głowie — Hana, mam dla ciebie wiadomość.
Hanka zerknęła na niego z nieukrywaną ciekawością. Nie miała bladego pojęcia, co samiec chciałby jej przekazać, ale sądząc po jego wyrazie pyska, nie była to jakaś błahostka. Zapewne coś odnośnie jej fachu. Może jakieś zadanie, który ma odbiegać od jej dotychczasowych obowiązków? Wyprawa, specyficzne polowanie... Może nowy teren łowiecki? Możliwości był ogrom.
— Słucham cię, Malcolmie. Czy to coś ważnego? — Haneczka całą swoją uwagę poświęciła swemu rozmówcy, który wyraźnie się gdzieś śpieszył. Końcówka jego ogona drżała nieznacznie a przednie łapy ustawione były tak, jakby za chwilę musiał gdzieś biec. Lub przynajmniej taki miał zamiar.
— Zostałaś wytypowana jako jeden z potencjalnych członków Zgromadzenia — powiedział zagadkowo, nie spuszczając z Hany spojrzenia. Pewnie doszukiwał się jej reakcji, chcąc wyłapać tę pierwszą. Suczka jedynie zmrużyła oczy, zaciekawiona nowym terminem.
Zgromadzenie, cóż to może być? Po głowie łaziło jej wiele skojarzeń, ale na razie żadne nie pojawiło się w czołówce domysłów. Blodhundur coś kiedyś o nim wspominała pod czas jednej z ich przechadzek... gdyby tylko Hana sobie o tym przypomniała! Była na siebie wściekła, że akurat teraz wypadło jej to z głowy. Zwykle była w stanie odkopać w pamięci każde słowo ciemnej.
— Zgromadzenia? Czy jest to coś na miarę... jakiejś rady? — zaczęła nieśmiało, nie będąc przekonanym do swoich słów.
— Coś w tym stylu — odpowiedział basior, zerkając z ukosa na łaciatą — Na tych spotkaniach podejmujemy najważniejsze decyzje dotyczące sfory i stwierdziliśmy, że twoja osoba nadawałaby się na członka tejże komisji. Mówiąc prościej, uważamy, że twój głos w niektórych sprawach może być pomocny.
— To... świetnie — wydukała, nie wiedząc, co więcej może w tej sprawie powiedzieć. Musiała to przemyśleć na spokojnie, musiała — Cieszę się, że w ogóle wzięliście mnie pod uwagę.
Biały owczarek w odpowiedzi ziewnął. Hana wpatrzona była w farbę, która zeschniętymi płatami odklejała się od wagonu. Ona... jako członek Zgromadzenia? Nie miała bladego pojęcia, czy się nadawała. Czy byli jeszcze inni, którzy wybrani zostali na to stanowisko?
— Idziemy? — dopiero po chwili łaciata zwróciła na samca, który zdążył się już przemieścić kilka kroków dalej. Stał obrócony i z niecierpliwością ją obserwował.
— Zaraz do was dołączę — Hana wycofała się spod cienia, który rzucał pojazd i obdarowała Malcolma przepraszającym wyrazem pyska — Muszę coś załatwić.
Basior przewrócił oczyma i wydał z siebie sapnięcie, które miało zapewne wyrazić jego najszczerszą irytację. Odwrócił się jednak i ruszył w stronę wagonu, w którym wszyscy mieli się spotkać.
— Idę jeszcze po ostatniego członka Zgromadzenia, więc masz krótką chwilę — przystanął i rzucił jej groźne spojrzenie — Nie spóźnij się tylko.

Biegiem dotarła do swojego wagonu, wskoczyła do niego z rozmachem i osunęła się pod ścianę, siadając z cichym westchnięciem. Czy Malcolm naprawdę nie mógł jej o tym uprzedzić wcześniej? To nie była decyzja na kilka minut! Musiała się zastanowić - choć przez chwilę. Miała świadomość, że na miejscu musi się stawić już z podjętą decyzją. Głupotą byłoby powolne wystękiwanie odpowiedzi przy kilku psach, które mają tutaj pełnię władzy. Ale czy Hana powinna się zgadzać? Czy jest odpowiednim kandydatem do tejże profesji? Wątpliwości targały całą Haneczką, nie pozwalając się jej uspokoić. Wzięła głęboki wdech i kilka sekund później ostrożnie wypuściła powietrze z płuc, starając się powtórzyć cały proces. Szaleńcze myśli latały w koło, ale w końcu suczce udało się je wszystkie uspokoić. Skoro ktoś wysunął jej kandydaturę, zapewne uważa, że jej zdanie nie jest głupie. A skoro nie jest głupie, to może przydać się sforze. Czyli nie ma przeszkód, aby Hanka jakoś wspomogła sforę. Ale i tak nie potrafiła się przekonać do tego, że jej opinia być może będzie niewłaściwa. Że wywoła nieodwracalne szkody w przyszłości, nieodwracalnie raniąc wiele psów. Suczka otrząsnęła się nieznacznie - bez przesady, co to w ogóle są za wizje? Po prostu musi być ostrożna i tyle.

I jednak się spóźniła. Na miejsce rozmów Hana przybyła ostatnia, za co w duchu żałowała i biła się w pierś. Nie mówiąc już o tym, że cała była w nerwach przez te głupie szczury - wpadła na jednego, gdy karkołomnym galopem tu pędziła. Gdy w pośpiechu wskoczyła do wagonu, spotkała się z ostrożnymi spojrzeniami trzech psów. Czyli nie była jedyna. Pewnie za złe jej mieli jej spóźnienie, choć nie była tego pewna i nie mogła tego stwierdzić po ich zachowaniu - w sali panowała drętwa cisza. Od razu rozpoznała Romulusa, który nie obdarzył jej nawet jednym spojrzeniem - jeśli się nie myliła był szeptaczem. Nie znała gościa dobrze, ale raczej nie zaliczyłaby go do wąskiego grona, przy którym rozluźniłaby swobodnie mięśnie. Hana odwróciła wzrok, lustrując całe pomieszczenie. Ot, zwykły wagon. Tak jak we wszystkich, skrzypiała w nim podłoga pod naciskiem łap a pająki wesoło ucztowały nad insektami złapanymi w sieciach. Hana skrzywiła się w duchu, gdy zahaczyła łapą o białawą siatkę z bogatą zawartością. Przeklinała na czym świat stoi, gdy cholerstwo nie chciało się od niej odczepić. Nie dała po sobie poznać, że taka drobnostka zwróciła jej uwagę i nie chcąc się zdradzić, zaprzestała nerwowych ruchów łapą. Z radością jednak zauważyła, że na miejscu jest także Catelyn wraz z Decoy. Posłała im blady uśmiech i zajęła miejsce nieopodal wyjścia. Nieswojo czuła się na tak małej przestrzeni, ale po chwili dostrzegła Blodhundur i wszystkie jej zmartwienia zniknęły. Łaciata dziękowała w duchu niebiosom, że ciemna będzie obecna przy całości.
Została wybrana pierwsza i jako pionier wkroczyła do pomieszczenia, które znajdowało się dokładne siedem kroków od jej wcześniejszego miejsca. Nie różniło się ono jakoś od poprzedniego - było tutaj jednak więcej miejsca. Hana nieznacznie przełknęła ślinę, gdy czworo par oczu wlepiło w nią swe spojrzenia. Tylko jednego się nie obawiała, ba, jasne oczy o niebieskim odcieniu wręcz ją uspokajały. Wzięła oddech, opanowała łapy i usiadła naprzeciwko psów. Przywódcy wyglądali, jakby nie mieli wobec niej dobrych intencji. Siedzieli prosto, niemalże z wymuszoną postawą.
— Z decyzji jednego z naszych Przywódców — Hana doskonale wiedziała, za sprawą którego się tutaj znalazła — zostałaś wybrana jako członek Zgromadzenia. Jaka jest twoja decyzja, Hano? Jesteś gotowa zostać częścią naszej grupy?
Nastała cisza, przerywana skrzypieniem starego drewna. Akurat teraz deski znalazły sobie czas na ćwiczenie nowych melodii. Hana zacisnęła nieznacznie łapy. Co w końcu robić
— Uważam... że mogę się przydać —zaczęła ostrożnie i po chwili zamilkła, zdając sobie sprawę, że to, co powiedziała, nie było jakieś przesadnie mądre.
Żadne z przywództwa nadal się nie odezwało, jakby czekając, aż Hana rozwinie swoją wypowiedź. Po kilku sekundach Hana podniosła nieco łeb i spojrzała każdemu z nich prosto w ślepia i zatrzymała się dopiero na tych, których z całego serca nie chciała zawieść.
— Zgadzam się i zrobię wszystko, aby pokazać wam, że dobrze wybraliście.

Haneczka trutkę znalazła przypadkowo.
Gdy przetrząsała stary dom w poszukiwaniu wody, natrafiła na dość dużych rozmiarów metalową puszkę. Blaszanka okropnie cuchnęła czymś, co Hance niewinnie kojarzyło się ze śmiercią. Dosłownie. Zapach był mdły, przesadnie cukrowy i łaciata nie podkusiła się nawet, aby do niej zajrzeć czy choćby podejść. Zapamiętała jednak, że pojemnik miał na sobie nalepkę z czarnym szczurem, który przekreślony był krwawą krechą. Nie zwróciła wtedy na to większej uwagi, lecz to właśnie tej nocy przypomniała sobie o znalezisku.
Z samego rana wyruszyła w miejsce, gdzie wcześniej widziała ten przedmiot. Jeśli trutka nadal tam była, to Hana miała w zanadrzu dobry sposób, aby pozbyć się szczurów. Przynajmniej na dłuższy czas. Na razie nie chciała szukać alternatyw, ale słyszała od innych członków sfory, że ogień też się nieźle sprawdza - Hana jednak obawiała się, że nie byłaby w stanie go rozniecić na tyle szybko i że gryzonie by się zorientowały co się święci. Jednak do odważnych świat należy i kto wie, czy łaciata nie spróbuje wykonać tego manewru w przyszłości? Haneczka mimowolnie się uśmiechnęła. Humor jej dzisiaj dopisywał i suczka nie ukrywała, że w dużej mierze przyczyniało się do tego przyjęcie jej osoby do Zgromadzenia. Tak, czuła się przydatna i tego nie ukrywała. Jeśli będzie w stanie, to służyć będzie sforze z całej swojej siły. Nie robiła tego z poczucia wyższości czy nieuzasadnionych marzeń wspięcia się na sam szczyt - chciała się po prostu odwdzięczyć grupie za to, że ją przyjęła z otwartymi łapami. Nie każdy był jej tu przychylny, ale na większość pobratymców mogła liczyć i chyba o to chodziło, prawda? Grupa, która się wspiera i razem walczy o to, co dla jednostki jest nieosiągalne.
Do tunelu weszła z duszą na ramieniu. O ile kilka minut temu tryskała pozytywną energią, to gdy z podziemnego korytarza dobiegł cichy warkot szwendacza, cała radość z niej szybciutko uleciała. Hana przybrała bardziej poważny wyraz pyska i w ciągu chwili doprowadziła się do porządku. Skarciła się w myślach za swoje bezmyślne i idiotyczne zachowanie - już pal licho to, jak zaczną odbierać jej wymysły inni. Stanęła pewniej i uważnym spojrzeniem obarczyła ciemne wejście. To właśnie tutaj mieściła się najszybsza droga na powierzchnię. Czyżby musiała ją okrążyć? Jasne spojrzenie przeniosła na szeptaczy, którzy pomału wychodzili ze swoich wagonów. Psy dopiero rozciągały zastałe od snu mięśnie i nie zapowiadało się, aby w najszybszym czasie ruszyli na łowy. Hanka zmarkotniała i ruszyła w odmęty innego tunelu. Nie było jej to po drodze, ale pal licho. Miała jakiś cel i chciała go szybko osiągnąć.
Puszkę znalazła tam, gdzie ostatnim razem ją widziała. Hana odetchnęła z ulga. Srebrne, pół okrągłe pudełko stało na półce, zakryte kilkoma warstwami kartonów czy drewnianych pojemników. Etykietka ze szczurami nieco wyblakła, ale pojemnik śmierdział tak, jak wcześniej. Suczka uznała to za dobry omen i chwyciła całość, niemalże dusząc się od słodkawego zapaszku. Woń, którą czuć było od trutki doprowadzała jej nozdrza do istnego szaleństwa.
Nienawidziła szczurów z całego serca, nawet jeśli zapewniały im względną stałość w ich diecie. Z wielką radością rozsypała pół puszki trutki w miejscu, gdzie znalazła gniado. Zrobiła to z trudem, ale czego nie robi się dla chwały? Nawet, jeśli ów sława miała być tylko w jej głowie. Oczy przeraźliwie ją piekły, ale nie wypuściła pojemnika. Puszka ślizgała się jej pomiędzy zębami, choć nawet to nie sprawiło, że przeszła jej po głowie myśl o zaprzestaniu działań wojennych. Tak, była na wojnie. Jatce, skierowanej przeciwko gryzoniom. Ona i szczury stały po odmiennych stronach barykady, której otoczką było metro. Środowisko sprzyjało obu rasom, więc przeciwnicy mieli podobne szanse. Haneczka jednak nie zamierzała się poddać i oddaliła się o krok, gdy rozsypała niemalże całą trutkę. Spojrzała się na pojemnik, dochodząc po chwili, że zatrutego jedzenia zostało tyle, co nic. Westchnęła więc i wysypała jeszcze to, co zostało. Na drugi raz nie będzie, więc nie było sensu zostawiać tego na później.
Gdy wypuściła z pyska puszkę, odetchnęła z wyraźną ulgą. Od ściskania metalu bolały ją zęby, nie mówiąc już o piekielnie szczypiących dziąsłach. A o biednych ślepiach już nawet nie wspominając. Gdy będzie wracać, musi odwiedzić rzekę i spróbować pozbyć się mdłego zapachu szczurzej karmy.
— No to co, szczurki? Jak tam obiadek? Smakują wam chrupeczki od cioci Hany? — wymamrotała cichutko i usiadła pod ścianą, chcąc mieć oko na gniazdo.
Przyuważyła po chwili, że wokół rozrzuconych ciastek zbierają się szczury. Ale czy gryzonie wyczują podstęp? Hana z całego serca miała nadzieję, że nie. Że wpieprzą wszystko bez mrugnięcia zaropiałbym okiem.

Bonus

dodatkowa nagroda za +2000 słów
+ 20 Kości, + 2 siła

▲
Hanka, trutka to bardzo prosty sposób na wyeliminowanie szkodników, ale za to bardzo skuteczny. Dobrze, że udało ci się znaleźć tę puszkę i szybko rozsypać całą zawartość, w naszym świecie nie ma litości. Możesz być z siebie dumna.

Zdobywasz +2 SZYBKOŚĆ, + 2 WYTRZYMAŁOŚĆ, + 1 SIŁA + 9 KOŚCI

8 sierpnia 2020

[Pięć Plag] Od Malcolma CD. Nayi - Druga Plaga

 Kolejne burzliwe spotkanie, wywołane nieustępliwą plagą zmutowanych gryzoni, wyprowadziło mnie z równowagi. Naprzemienne głosy dwóch samców, spierających się o byle gówno, brzęczały w mojej głowie, niczym olbrzymie dzwony, wprawione w ruch w najmniej odpowiednim momencie. Odbijały się echem od kości czaszki i atakowały mózg, powodując przeraźliwy ból głowy i zdenerwowanie ciężkie do opisania. Mirage wciąż przekrzykiwał łaciatego generała, wytykając mu jego rzekome błędy i niedopatrzenia. Nie dawali mi dojść do głosu, a prawda była taka, że każdy z nas powinien wykonać ogromny ukłon w stronę Szeptaczy, którzy podczas kryzysu zachowali się jak należy.
Rozmowa prowadziła do nikąd, a ja nie byłem w nastroju do wysłuchiwania jak niektórzy obrzucają się mięsem. Wyszedłem bez słowa, ucinając tę bezsensowną dyskusję. Nie wiedziałem, czy którykolwiek z nich zwrócił uwagę na moją nieobecność. 
Niestety, nie dane mi było odejść za daleko. Przed wagonem natknąłem się na bliską znajomą Blodhundur i jej nieznaną towarzyszkę. Wspomniana towarzyszka na pierwszy rzut oka była nieco wyższa od Łowczyni. Różniły się też długością sierści, choć jej barwa była w przypadku suczek identyczna. Przez pierwsze kilka sekund wydawało mi się, że nawet białe odmiany są w takim samym kształcie u obu pań, co lekko mnie zaskoczyło. Zatrzymałem się nienaturalnie szybko, wpatrując się w czekoladowe oczy nieznajomej. 
- Hana - przywitałem się w końcu, skinając głową. Mój stan nie pozwalał mi na nic bardziej spektakularnego. Wskazałem chłodno na drugą sukę. - A to kto? 
- Naya - wtrąciła sama zainteresowana. Przymrużyłem lekko oczy, lustrując jej oblicze. Hana zaczęła tłumaczyć, gdzie znalazła ową Nayę, a także przedstawiła mi jej zamiary. Nie jestem zaskoczony. Skupiłem się na sierści, która zjeżyła się na karku suczki, gdy usłyszała, że została znaleziona. Myślę, że Łowczyni nie miała zamiaru uprzedmiotowić naszej nowej zdobyczy, tak samo jak ja w tej myśli. 
 - Rozumiem - pokiwałem głową powoli. Wciąż trudno było mi wyzbyć się złości, która gotowała się we mnie niemalże od początku spotkania w wagonie. Starałem się jak mogłem nie przekładać tego na moje rozmówczynie. Wiedziałem, że zadanie może okazać się niezwykle trudne, jeśli Naya zdecydowała się z nami zostać, muszę wytłumaczyć jej to i owo. 
Trudno, najwyżej będzie mnie miała za gbura. Nie ona pierwsza, pomyślałem. Musiałem dać upust emocjom. Nie lubię marnować czasu, dlatego postanowiłem połączyć przyjemne z pożytecznym. W jednej chwili podjąłem decyzję o zabraniu suczki na małą wyprawę. Machnąłem na nią łapą, pozostawiając Hanę bez słowa. Kierowałem się w stronę schodów na powierzchnię, choć wybrałem drogę przez całe centrum Metra, tak aby pokazać Nayi najważniejsze miejsca. Zanim doskonale pozna rozkład kanałów, wagonów, korytarzy i przeróżnych ścieżek, minie trochę czasu. Wiedzę warto dawkować.
- Jak ci na imię? - zapytała, wkładając wiele wysiłku w dotrzymanie mi kroku. Spojrzałem na nią kątem oka, zwalniając nieco. 
- Malcolm - rzuciłem na wydechu. Ta informacja była istotna, na pewno mogła jej się nieraz przydać. 
- Miło mi cię poznać, Malcolmie - skwitowała pośpiesznie. Uniosłem brwi, a cóż to? Wynik dobrego wychowania? Czy mówiła zupełnie szczerze? Słowo daję, zapytałbym, gdyby nie zaczęła mówić dalej, a trzeba wiedzieć, że nie mam w zwyczaju wchodzić komuś w zdanie. Zadała bardzo rzeczowe pytanie, najwyraźniej chcąc upewnić się, że oficjalnie została członkiem sfory. Mam nadzieję, że nie liczyła na huczne powitanie, niestety nie mieliśmy na stanie fajerwerk, aby móc witać nowe duszyczki. 
- Można powiedzieć, że już nim jesteś - odpowiedziałem, uspokajając ją i zapewne rozwiewając wszelkie wątpliwości, co do powitań. Przez sforę przewinęło się już kilka psów, które jedynie zawitały w naszych progach, skorzystały z jedzenia i bezpiecznego noclegu, a na dniach zniknęły bez słowa. Przydatność kolejnych dusz można było określić dopiero po pewnym czasie, gdy zagoszczą u nas na dłużej. 
- Ale musisz wybrać dla siebie rangę, miejsce w hierarchii, sposób, w jaki będziesz się przyczyniać naszej społeczności - dodałem pośpiesznie. Nie pozostawiałem żadnych złudzeń, nie działaliśmy charytatywnie.
Dalsza wymiana zdań napełniła mnie optymizmem. Naya wydawała się być szczerze zainteresowana zostaniem u nas na więcej niż kilka dni, a kto wie, może już na zawsze. Ochoczo zgodziła się być łowcą, czym dodatkowo sobie u mnie zapulsowała. Lubię psy. które są w stanie nieść pomoc tam, gdzie jest najbardziej potrzebna. Nam swoją rangą na pewno nie zaszkodzi, a jej aparycja wskazywałaby na dobre predyspozycje do wykonywania zawodu. Nie musiałem się martwić, że będzie jej z polowaniami nie po drodze.
- Nayo, nasza sfora jest aktualnie w niezbyt ciekawym położeniu - zmieniłem temat, gdy suczka wyraziła nieskrywaną aprobatę moim przywództwem. Lubiłem imponować, ale samo stanowisko nie było dobrym powodem do uważania się za lepszego. 
- Chodzi o to, że mieszkacie w podziemiach? - zapytała, przekrzywiając nieco głowę. Powstrzymałem się od parsknięcia. Zupełnie nie o to chodziło. Wytłumaczyłem, w czym rzecz. Nazwałem rzeczy po imieniu, a łowczyni słuchała z uwagą o plagach. Jeżeli ją to przestraszyło, nie dała tego po sobie poznać. Przytakiwała mi co chwilę, pokazując, że słucha. W trakcie rozmowy pokonywaliśmy kolejne stopnie, które prowadziły nas na chodnik przed wejściem do metra. Zamierzałem pokazać jej, jak walczyć ze szczurami. Chciałem zabrać ją do gniazda, które niedawno znalazłem. Tego znajdującego się w ślepym zaułku, gdzie gryzonie przesiadywały w kontenerze na odpadki. Po kilku dniach było ich tam pewnie więcej, a mój plan nareszcie miał ręce i nogi. Wiedziałem już, jak je pokonamy, a pomoc suczki będzie zbawienna. 
 Przed całą akcją wstąpiliśmy do sklepu dla miłośników survivalu. Stamtąd wyciągnąłem butlę z gazem dla podróżnych. Nie była duża, opatuliłem ją w szczelny materiał i tak przeciągnąłem przez kilka przecznic, aż do naszego celu. Naya dostała za zadanie nieść zapałki. Dzięki temu zapewniłem sobie ciszę, którą bardzo ceniłem w trakcie pracy, a także nie musiałem robić "podwójnego kursu" do sklepu i z powrotem. 
- Posłuchaj, ja zostanę tutaj, położę butlę i odkręcę ją. Postaram się ułożyć przewód tak, żeby gaz dostał się pod kontener, jeśli szczury wyczują zapach, a gaz jest zapewne z dodatkami substancji zapachowych, mogą podjąć próbę ucieczki. Nie możemy do tego dopuścić, ale trzeba pamiętać, że gaz będzie się ulatniać, przez co eksplozja może nic być zbyt... 
- Spektakularna? Skuteczna? - przerwała mi. Widziałem, jak napina każdy jeden mięsień na ciele. Uśmiechnąłem się pod nosem, widząc tak duże zaangażowanie u kogoś, kto przyszedł zupełnie z zewnątrz. 
- Skuteczna, raczej skuteczna. Dlatego na mój znak zrzucisz kilka zapałek z okna, z góry. Celuj na boki, tak żeby ogień ich nie wystraszył - spojrzałem na nią z powagą. Kiwnęła głową i odmeldowała się. Odważnie wbiegła do budynku, zajmując swoją pozycję. Ja też nie traciłem czasu. Odkręciłem butlę już na samym początku wąskiej uliczki, ciągnąc ją delikatnie po ziemi. Wstrzymując oddech, podszedłem tak blisko jak tylko mogłem i wsunąłem gumowy przewód pod śmietnik. Słyszałem popiskiwanie wewnątrz plastikowego kontenera. Niczego nieświadome szczury miały zaraz zginąć, a plastikowe królestwo, które tak sobie upodobały, zamieni się w masową mogiłę. Spojrzałem w górę, skąd obserwowała mnie dzielna łowczyni. Zacząłem powoli się wycofywać, a gdy byłem wystarczająco daleko, dałem jej znak ruchem głowy. Naya rozpoczęła ostrzał deszczem ognia. Po wypuszczeniu pięciu, może sześciu zapałek schowała się w środku budynku. Zdążyłem dosłownie wbiec do klatki schodowej, gdy usłyszałem potężny huk i przeraźliwy pisk. Do moich uszu docierały charakterystyczne odgłosy płomieni, które trawiły wszystko na swojej drodze. Mieliśmy z głowy kolejne gniazdo. 
- Malcolm! - krzyknęła, zbiegając do mnie po schodach. Myślałem, że jest to okrzyk tryumfu... Nic bardziej mylnego.  Za suczką pełzał szwendacz, jęcząc i plując śliną dookoła. Wywróciłem oczami, stając w obronie towarzyszki.

Naya?
Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+ 10 Kości, + 1 SZYBKOŚĆ
▲
Malcolm, jestem z ciebie dumny. Twój pomysł z butlą wypalił i chwilę później możecie wraz z Nayą zacząć świętować. Kolejne gniazdo nieodwracalnie strawiły płomienie i kolejne siedlisko szczurów mamy już z głowy. Kilka gryzoni zdążyło uciec w popłochu, ale nimi martwić się nie trzeba, wszak cała ich kolonia poszła z dymem. Oby tak dalej!
Zdobywasz +2 SZYBKOŚĆ, + 2 WYTRZYMAŁOŚĆ, +1 SIŁA + 9 KOŚCI

6 sierpnia 2020

[Pięć Plag] Od Catelyn CD. Mirage - Druga Plaga

   Minął już prawdziwy szmat czasu, odkąd widziała go po raz ostatni - w rzeczywistości tygodnie, w jej odczuciu cała wieczność. Zaskakujące, jak dużo może się zmienić w takim okresie czasu. Rana, którą jej zadał, wygoiła się, została tylko niekoniecznie ładna i dość rzucająca się w oczy blizna. Gdy tylko odzyskała siły, rzuciła się w wir pracy i treningów, dlatego i jej możliwości znacznie się od tamtego momentu zwiększyły - była silniejsza, szybsza i bardziej wytrzymała. Coraz dalej jej było od tej kanapowej suni, a coraz bliżej do dość dobrej wojowniczki walczącej z żywymi trupami i, ostatnimi czasy, z panoszącymi się po Strefie szczurami. Obecnie jednak była zawieszona gdzieś pośrodku, a szala przechylała się nieznacznie raz na jedną, raz na drugą stronę.
   "Akcja deratyzacja", jak, ni to złośliwie, ni to pieszczotliwie, Cat określała to, co działo się obecnie na terenach zamieszkiwanych przez sforę, rozhulała się już na całego. Psy codziennie, a nawet i kilka razy dziennie walczyły z najeźdźcą w postaci nienaturalnie wielkich gryzoni - czasem w pojedynkę, czasem w parach bądź grupach, raz z własnego odruchu dobrego serca (bądź żądzy krwi), a kiedy indziej na polecenie generała (szeptacze) czy przywódców (wszyscy). Tym razem wszyscy wyruszali na akcję w parach. Catelyn pary nie miała, udawała jednak, że wcale jej to nie przeszkadza.
   A wtedy zjawił się on, sprawiając, że odruchowo się skuliła. Nagle ponownie przeżyła tę chwilę, gdy w amoku walki ze szwendaczami, i ją wziął za jednego z nich. Jego przeprosiny wciąż dźwięczały jej w uszach, lecz nie były one tak wyraziste jak strach i ból, jaki wtedy czuła. Dlatego, choć gdzieś w głębi duszy wiedziała, że to był tylko i wyłącznie wypadek, szła cała sztywna, gdy prowadził ją do gniazda szczurów. Smak plastiku i benzyny czuła na języku jeszcze kilka dni później.
   - Wszystko będzie w porządku - dotarło do niej jakby przez mgłę.
   Z nieskrywaną obawą przyglądała się, jak egzaminator szykuje się do podpalenia ścieżki z benzyny. Oczami wyobraźni już widziała, jak ogień wybucha nagle, przysmażając pysk Mirage, a może i ją, choć stała dalej od miejsca, w którym miał się on za chwilę pojawić. W końcu samiec potarł małym drewienkiem o chropowatą powierzchnię i podpalił je. Precyzyjnym ruchem położył zapałkę na ścieżce z łatwopalnej cieczy i odsunął się, uważnie przyglądając się temu, jak płomień w równym tempie przesuwa się w stronę gniazda. Tam wybuchł z nową siłą, skwiercząc, gdy przypalał szczury. Ich piski szybko zamarły. Słychać było już wyłącznie strzelanie iskier.
   Rozstali się niedługo później, bez słowa. 

   Następną okazją do ich spotkania była rozmowa związana ze Zgromadzeniem. Choć jeszcze wcześniej tego samego dnia nie miała pojęcia, czym jest ta cała instytucja, zaproponowano jej, by stała się jego częścią. Do ostatniego momentu bawiła się z myślą, co ma zrobić z otrzymanym zaproszeniem. Zaproszeniem, które, jak się okazało, otrzymała dlatego, że to właśnie on zaproponował jej kandydaturę.
   - Dlaczego ja? - wyrwało jej się w środku "przesłuchania". Skierowała spojrzenie o trudnym do określenia wyrazie prosto na czarnego samca, ignorując przez tę chwilę pozostałych członków Zgromadzenia.
   Chciała znać odpowiedź na to pytanie, naprawdę chciała wiedzieć, co sprawiło, że podjął taką, a nie inną decyzję. Śmiała wręcz stwierdzić, że gdyby ją otrzymała, mogłaby ona zaważyć na jej ostatecznym wyborze. Ale Mirage milczał, nie patrząc nawet prosto na nią
   - Nieważne - westchnęła po chwili, choć w rzeczywistości było to bardzo (kurewsko wręcz, choć ona, jako suczka wychowana na damę, unikała przekleństw) ważne. - Przepraszam. Możemy kontynuować.
   Potem już ani razu nie spojrzała bezpośrednio na niego. Wędrowała od czasu do czasu wzrokiem po pyskach całej czwórki, lecz był to szybki ruch, który nie pozwalał jej nawet na zarejestrowanie szczegółów.
   Czy wybrał ją tylko i wyłącznie dlatego, że czuł się winny po tym, co zrobił? Czy tak chciał jej wynagrodzić to, że miała teraz niekoniecznie ładniusią bliznę pod żebrami? Jeśli tak, gardziła nim. Gardziła nim i samą sobą, bo zgodziła się przystąpić do Zgromadzenia, choć wciąż miała z tyłu głowy tę myśl, że na to nie zasłużyła. A jeśli nie był to rzeczywisty powód, a jedynie gra jej wątpliwości... nie wiedziała już sama, co ma o nim sądzić.
   Znowu rozstali się w milczeniu, a po niej do wagonu wszedł Romulus.

   Tym razem zauważyła go, gdy przemierzał ulice miasta, śledząc z rozsądnej odległości jednego z tych gigantycznych szczurów. Przez chwilę zawahała się i zatrzymała, obserwując go z oddali. Gryzoń biegł, więc Mirage musiał truchtać, by podążać za nim w podobnym tempie. To cholerstwo za sprawą dużego cielska miało też wielkie łapy. Ostatecznie ruszyła za nimi i była świadkiem tego, jak gryzoń nagle znika w jakiejś dziurze, przez którą psy nie miały jak się przecisnąć.
   - Znalazłam niedawno gniazdo. Dość małe, ale zawsze to coś. Nie zdążyłam go jeszcze zniszczyć. Chcesz mi towarzyszyć? - odezwała się, gdy ją zauważył, sama nie wiedząc, dlaczego tak właściwie mu to proponuje.
   Zgodził się. Zaprowadziła go więc do oznaczonego przez siebie przed spotkaniem w sprawie Zgromadzenia domu. Poszedł za nią do sypialni, pokazała mu uchyloną komodę.
   - Spalimy ich dom. Nie będziemy mieć litości - nawiązała do jego własnych słów, gdy skończył oglądać gniazdo. - W tamtym miejscu, z którego wziąłeś benzynę, było jej tam więcej?
   Było. Zaprowadził ją do starego magazynu znajdującego się w okolicy dworca, skąd wynieśli kolejne dwa baniaki z paliwem. Tym razem ścieżka była krótka - nie chcieli spalić całego domu, a jedynie komody. Ją samą polali jednak solidnie śmierdzącą cieczą. Z paczuszki, którą Mirage najwyraźniej zachował, wyjęta została kolejna zapałka. Już po chwili buchnął ogień. Drewniana komoda, strzępy ubrań, szczury - wszystko się paliło. Brudna ściana za meblem stawała się czarna za sprawą liżących ją raz po raz płomieni.
   Ustawili się w bezpiecznej odległości od ogniska i przyglądali mu się uważnie. Cat pozwoliła sobie na chwilę przymknąć oczy, wyobrażając sobie, że to ciepło i trzaskanie ognia dobiegają do niej z kominka. Za chwilę mogłaby ułożyć się w swoim koszyku i zasnąć. Gdyby miała wystarczająco dużo szczęścia, któryś z jej ludzi zauważyłby to, podszedł do niej i usiadł tuż obok. Oboje rozkoszowaliby się tą chwilą, on głaskałby ją lub drapał za uchem.
   Ale rzeczywistość była inna. Płonęło gniazdo szczurów, które panoszyły się po jej domu, którym już nie była tamta willa, a Strefa. Obok siebie nie miała człowieka, a Mirage, który jednak był jej rodziną, tak jak wszyscy inni członkowie sfory, mniej lub bardziej jej przychylni.
   - Mirage - zaczęła, pchnięta przez pewną myśl, która nagle zjawiła się w jej głowie.
   - Hmm? - mruknął jedynie, lecz spojrzał na nią kątem oka.
   - Tyle razy już mnie przepraszałeś, a ja jeszcze ani razu nic na to nie odpowiedziałam - zauważyła. - Wybaczam ci. Zapomnijmy o tamtej sytuacji, to był... wypadek.
   Uśmiechnęła się do niego, nieco blado. Nie chciała się już bać członka swej rodziny. Nie chciała też znów rozstać się z nim w milczeniu.

Mirage?
Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+ 10 Kości, + 1 SZYBKOŚĆ
▲
Catelyn, zdecydowanie bliżej Ci do wojownika, aniżeli do posłusznego psiaka, którym kiedyś byłaś. W kanałach metra nie ma miejsca na rozpamiętywanie przeszłości, szczególnie wtedy, gdy tak świetnie radzisz sobie z teraźniejszością. Po zniszczeniu kolejnego gniazda pamiętaj o środkach ostrożności. Szczury są prawdziwym utrapieniem. Czasem nawet płomienie nie mają nad nimi władzy. 
Zdobywasz +1 SZYBKOŚĆ, + 2 WYTRZYMAŁOŚĆ, + 2 SIŁA + 9 KOŚCI

[Pięć Plag] Od Malcolma cd. Ljubicy - Druga Plaga

Jak do tej pory udało mi się całkowicie unicestwić zaledwie jedno gniazdo. Nie zamierzałem na tym poprzestawać, szczury nie odpuszczały, dlaczego więc my mielibyśmy dać za wygraną? Problem z intruzami miał jednak skomplikowaną naturę. Otóż gryzonie były wszędzie. Gdziekolwiek odwróciło się wzrok, napotykało się na przykurzoną sierść, ubrudzone błotem łapy, czy długie, nagie ogony pokryte krwią. Ich piski, towarzyszące każdej czynności, stały się pewnego rodzaju rutyną, którą nie sposób było zaakceptować. Problem zaczynał się, gdy chcieliśmy wytropić norę. Nie każda dziura w ziemi, w której kłębiły się te szkodniki, była ich gniazdem. Zdarzały się sytuacje, gdy tropiło się jednego osobnika pół dnia, a on doprowadzał cię do wyrwy w ścianie, gdzie prócz niego znajdowały się może ze dwa szczury. Ciężko nazwać coś takiego gniazdem. Złość, jaka towarzyszyła wspomnianym znaleziskom, była naprawdę nie do opisania. Oczywiście, nie popuszczałem ich. Każdego szczura zaduszałem i zanosiłem do wagonu, w którym zbieraliśmy pożywienie. Sterta mięsa z każdym dniem rosła. Przynajmniej jeden plus dla Sfory, problem głodu zdawał się być zażegnany.
Dzisiaj już dwa razy zostałem wyprowadzony w pole. Głupie szczury zdawały się specjalnie zwabiać nas w miejsca, które miały niewiele wspólnego z gniazdem. Mógłbym przysiąc, że te ich popiskiwania, aż do złudzenia przypominały złośliwy chichot. Kiedy umierały, nie było im już do śmiechu. Optymista powiedziałby, że to zawsze o kilka szczurów mniej. Ja jednak nie byłem optymistą i nie zadowalałem się tą jedną myślą. Wiedziałem, że musimy niszczyć ich siedliska, aby zminimalizować szansę przetrwania zapchlonych gryzoni. 
Dlatego, gdy po raz kolejny pomiędzy moimi nogami pojawiło się grube ciałko, w pierwszym odruchu chciałem je ogłuszyć i później wykończyć poprzez skręcenie karku. Coś jednak powstrzymało mnie i kazało podążać za szczurem. Może po prostu nie chciałem tracić nadziei, że uda mi się odkryć kolejne gniazdo. Pobiegłem więc za nim, posłusznie kierując się po zniszczonych stopniach na powierzchnię. Wolałem się nie nastawiać, pozostawiając losowi dalszy bieg wydarzeń. Jeśli więc chodzi o moje przemyślenia, nie miałem ich, skupiając się na śledzeniu szczura. 
Pogoda była nie do zniesienia. Słońce wisiało wysoko na niebie, wylewając na świat, z całą swoją mocą, potworny żar. Od piekielnej temperatury miękł nawet asfalt, a ja musiałem niezwykle szybko przebierać łapami, aby uchronić się przed niebezpiecznymi poparzeniami od nagrzanego chodnika. Pamiętałem o niedawnym udarze, dlatego z każdą sekundą moja frustracja narastała. Wolałbym nie narażać się na kolejne niedyspozycje spowodowane własną głupotą. 
W pewnym momencie szczur uskoczył w bok. Cudem zauważyłem ten manewr, gdybym spuścił go choć na chwilę z oczu, w tym momencie zgubiłbym swoją zdobycz. Gryzoń wbiegł w zacienioną, wąską uliczkę pomiędzy dwoma wieżowcami. Tam zatrzymał się na chwile, stanął na dwóch łapkach i zgrabnie wślizgnął się do olbrzymiego kontenera, wdrapując się po pudełkach. Zmarszczyłem brwi, ale zdecydowanym krokiem ruszyłem przed siebie. Im bliżej znajdowałem się śmietnika, tym mocniejszy odór roznosił się w zaułku. Ostry zapach moczu i odchodów atakował mój nos, prowokując odruch wymiotny. Powstrzymywałem się jednak, starając się zatrzymać spożyte śniadanie w żołądku. 
Kiedy od kontenera dzieliło mnie kilkanaście metrów, byłem już pewien, że to co mam przed sobą, jest gniazdem. Szczury wykorzystały pojemnik na biodegradowalne odpadki i miały ucztę wśród pleśni, robaków i zmutowanych wirusów. Jakiś zagubiony gołąb przysiadł na krawędzi plastikowego królestwa. Sądzę, że nawet nie zdążył pożałować swojej decyzji, bowiem grupka gryzoni wciągnęła go do środka. Uniesienie, jakie spowodowało dostarczenie świeżego mięsa, wywołało u mnie gęsią skórkę. Seria pisków ucichła wraz z odgłosami szamotaniny. 
Przerażony przełknąłem ślinę i wycofałem się, zapamiętując numer uliczki. 
Wrócę tu, jak tylko wymyślę dobry sposób na zniszczenie gniazda. Wiedziałem, że zadanie nie będzie należeć do najprostszych. Szczury, prawdopodobnie nieświadomie, wybrały bardzo strategiczne miejsce na zadomowienie się. Nad nimi nie było żadnych balkonów, tylko pojedyncze okna, zaułek był ślepy, a kontener wyższy niż każdy pies w naszej sforze. Nie będzie łatwo, ale na pewno uda się je wszystkie wykurzyć, a następnie pozbawić życia. Kwestia dobrego, skutecznego pomysłu. 
W mojej głowie przewijały się różne możliwości. Lustrowałem wzrokiem zniszczone szyldy, aby móc się czymś zainspirować, znaleźć narzędzia, a może truciznę, która byłaby w stanie wykończyć niczego nieświadomą gromadkę. Nic nie było na tyle pewne, abym mógł zabrać się do działania. 
- Kurwa mać - mruknąłem pod nosem, gdy kolejnym zakładem okazał się jakiś niewiadomego pochodzenia sklep dla miłośników survivalu. Mimo to, wszedłem do środka, by upewnić się, czy interes aby na pewno nie ma mi nic do zaoferowania. Mój wzrok przyciągnęły niewielkie butle z gazem. 
Oczy mi rozbłysły. 
Gdyby nie odgłos kroków na zewnątrz, zrealizowałbym swój plan jeszcze dzisiaj. Zdrowy rozsądek kazał mi opuścić lokal i skontrolować, co to za pies porusza się po tej części opuszczonego miasta. Równomierny krok, przyspieszony, ktoś biegł, ale kto. 
Uciekająca Hana ze zwierzyną w pysku prawie staranowała mnie na środku ulicy. 

Łaciata dokładnie opisała mi nieznajomą podczas drogi powrotnej do Metra. Tam, wspólnie z Blodhundur ustaliliśmy, że najlepszym pomysłem będzie, jeśli następnego dnia ja sprawdzę, czy suka wciąż przebywa na naszych terenach. Mógłbym zabrać ze sobą Romulusa lub Decoy, ale pech chciał, że ci patrolowali inne części miasta i nie mogli towarzyszyć mi w podróży. Z opowieści Hany suka równie dobrze mogła być wilkiem, ciężko było jej jednoznacznie stwierdzić. Sam nie przejmowałem się zbytnio. Ostatnio czułem się już dużo lepiej, nawet jeśli miałbym stanąć z nią do walki. Pomimo bojowego nastawienia, planowałem rozwiązać problem pokojowo. 
Gniazdo musiało poczekać, kiedy ja przemierzałem opuszczone ulice w poszukiwaniu obcej duszy. Dziś niebo usłane było pojedynczymi chmurkami, które ograniczały śmiertelne promieniowanie słońca. Ziemia nie zdążyła się aż tak bardzo nagrzać, choć wciąż potrzebowałem dodatkowego ochłodzenia w postaci nieustannego dyszenia. 
Uśmiechnąłem się do siebie, gdy pod ścianą ujrzałem ciemną sylwetkę. Postać wylegiwała się w cieniu, wciąż jednak pozostając czujna. Jej trójkątne, szpiczaste uszy odcinały się na tle ciała. Cały się spiąłem, gdy poczułem na sobie jej wzrok. Z lekko uniesioną głową szedłem powoli w stronę obcej, ostrożnie stawiając każdy krok. Ogon trzymałem w dole, jedynie jego końcówka zakręcała się lekko, przez co przywoływał on na myśl sierp. Suka podniosła się, otrzepała i czekała na mnie. 
Nie wyglądała na przyjaźnie nastawioną, nie wyglądała też na taką, z która nie miałbym żadnych problemów w ewentualnej potyczce. Tym bardziej postanowiłem trzymać nerwy na wodzy. Nawet jej bezczelne pytanie nie wytrąciło mnie z wewnętrznej równowagi. Ani jej prośba, która padła kilka sekund później. 
- Och, zdaje się, że właśnie ciebie - odparłem, a spokój, jaki bił z moich słów, wywołał w Szarej niemałe zamieszanie. Ściągnęła brwi, odsłaniając lekko zęby. Tak, była gotowa do ataku, w każdej chwili mogłem liczyć na to, że odległość między nami zmniejszy się w ułamku sekundy, a ja będę zmuszony do bronienia sfory. Nie dawałem tego po sobie poznać. Wolałem grać na czas. 
- Jeśli to ty jesteś odpowiedzialna za wtargnięcie na nasz teren i zaatakowanie jednej z nas, z całą pewnością mogę rzec, że właśnie... - nie zdążyłem dokończyć, bo moja wątpliwa rozmówczyni wykonała zgrabny ruch i doskoczyła do mnie. Z przykrością stwierdziłem, że była wyższa niż ja, ale wolniejsza niż się spodziewałem. 
- Niech twoja obstawa wyjdzie z ukrycia! - warknęła gardłowo, zmniejszając dystans między nami. Postanowiłem, że nie będę się cofać. Wytrzymałem pod naciskiem miodowych tęczówek, które, gdyby tylko mogły, rzucałyby piorunami na lewo i prawo. Położyłem uszy po sobie. 
- Nikogo prócz mnie tu nie ma - rzuciłem, a grymas na pysku nieznajomej rozluźnił się. To, jak dalej przebiegnie nasza rozmowa, zależało już tylko i wyłącznie od jej nastawienia. Jeśli będzie chciała walczyć, stanę do pojedynku, jeśli zechce mnie wysłuchać, może przekona się, że mamy jej coś do zaoferowania. W jej oczach błysnęła iskierka zaciekawienia, ale cały czas pozostawała czujna.

Ljubica?

Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+ 10 Kości, + 1 SIŁA
▲
Malcolm, mogłoby się zdawać, że z każdym stopniem Celsjusza szczurów przybywało więcej i więcej. Musisz być czujny i nie tropić za błędnymi poszlakami. Pamiętaj, że szczury bardzo dobrze znają się na kanałach, i że dobrze czują się w cuchnących skrytkach. Zastanów się. Myśl jak szczur. Bądź szczurem.

Zdobywasz +5 SZYBKOŚĆ,  +3 SIŁA + 8 KOŚCI

[Pięć Plag] Od Xaviera cd. Catelyn - Druga Plaga

    Przytaknąłem, ledwo trzymając się na łapach. Spierzchnięty, wysuszony letnimi upałami grunt nabrał czerwonej barwy. Rzuciłem się na przód, pragnąc tylko dźwięku kości gruchotanych moimi zębami. Bezczelny uśmiech znikł mi z pyska, przechodząc w grymas obrzydzenia. Catelyn natychmiast rzuciła się w stronę Szwendacza pozbawionego kończyny. Wystarczył jeden precyzyjny atak, by zmiażdżyć jego czaszkę w paszczy. Dopadłem do ostatniego żywego trupa, chwytając go za jedną z kończyn. Zaparłem się łapami, ciągnąć w tył, szarpiąc wściekle swoją ofiarę w ostatnim przypływie furii. Mocnym ruchem odwróciłem łeb. Słyszałem dźwięk łamanych kości i przerywanych ścięgien. Krew chlusnęła o ziemię, brudząc moją i Catelyn sierść. Wnętrzności dwunożnego rozlewały się strumieniami. Z dziką satysfakcją odrzuciłem na bok skórę i szczątki, które zostały mi w pysku. Splunąłem z obrzydzeniem. Były parszywe w każdym możliwym tego słowa znaczeniu. Cofnąłem się, by spojrzeć na moje dzieło w pełnej okazałości.
    Zrównałem się z Catelyn, nie pozwalając na sytuację, w której to ona by prowadziła, tymczasem ja szedłbym za nią jak poddany. Spojrzałem na nią, nie kryjąc złości. Ona zaś postanowiła puścić tamtą sprawę w niepamięć. Zaśmiałem się z dezaprobatą, oblizując przy tym wargi, szykując się do zabrania głosu. Otworzyłem już pysk, gotów rzucić w nią serią obelg. Jednak jej bezsilny wyraz mi na to nie pozwolił.
    Rozejrzałem się wokoło. Cała ta sytuacja sprawiła, że byłem jakby zawieszony w czasie. Niemal zapomniałem, gdzie się znajduje. Nie dochodziły do mnie żadne dźwięki. Dopiero po zlustrowaniu otoczenia zdałem sobie sprawę, że autentycznie stoję w samym środku bitwy.

•

    — Słyszycie, co do was mówię?! — zlustrowałem ich pełne radosnego podniecenia i zacięcia twarze. — Do roboty! Mam nadzieję, że do każdego dotarła strategia na dzisiaj. Pamiętajcie o zasadach. — zagrzmiałem, ruszając powolnie do przodu. — Widzimy się wieczorem. Kto wróci pierwszy, przypadnie mu specjalna misja — oznajmiłem rzeczowo.
    Wyszli na zewnątrz, natychmiast wykonując swoje zadania. W restauracji znowu zrobiło się cicho. Już miałem iść na zaplecze, by przygotować wszystko na wyprawę dla nieznanego szczęściarza, lecz moim oczom ukazała się suka, której obecności miałem przesyt na najbliższe trzy lata. Podniosłem łeb z dumą, chcąc dobitnie pokazać wyższość nad nią.
    — A ty znowu ostatnia.
    Bardzo chciałem zignorować jej obecność, lecz samica usiadła przede mną, wygłaszając jakby wcześniej przygotowany i wykuty na blachę monolog.
    — W centrum jest wiele zakamarków, w których mogłyby kryć się Szwendacze.
    Naprawdę? Zaskoczyłaś mnie.
    — Ale koniec końców natrafiłam tylko na cztery. Trzy spacerowały sobie po ulicy, jeden nadział się na kraty w witrynie sklepowej.
    Nie mogłaś podejść bliżej tych krat?
    — W kilku budynkach widziałam za to coś innego.
    Sznur? Trutkę na szczury? Arszenik?
    — Tu i ówdzie są butelki i kanistry, najprawdopodobniej z wodą pitną.
    Jeśli będzie podejrzana, zaproszę cię na degustację.
    — Nie jest tego za dużo, ale zawsze to coś, kiedy wszyscy są coraz bardziej odwodnieni przez ten wysyp Szwendaczy i krwawą wodę.
    Słuszne.
    — Wystarczy je przenieść do metra. Gdybym to chciała robić sama, zajęłoby mi to całe wieki.
    Dopiero po ostatnich słowach podniosłem na nią wzrok. Patrzyła na mnie z powagą, oczekując na opinię. Domyśliłem się szybko, że chodziło jej o mnie. Chciała mojej pomocy. Przemilczałem jej prośbę, nie ruszając się z miejsca, w którym stałem. Catelyn wyminęła mnie bez słowa, zawiedziona.
    — Nie możesz...
    — Kim jesteś, by mówić mi, co mogę, a czego nie, Catelyn? — z pogardą wypowiedziałem jej imię, nachalnie przysuwając się do samicy.
    Rzęziła beznadziejnie, nie siląc się na żadne słowa. Jej oczy powoli stawały się mętne. Przesadnie wolnym, wręcz teatralnym ruchem zbliżyłem pysk do jej ucha i szepnąłem kilka słów, które wywołały zmieszanie na jej mizernym pysku. Odskoczyła ode mnie, po czym opuściła budynek restauracji. Zapach tłuszczu wdarł się w moje nozdrza jeszcze mocniej niż kiedykolwiek, przyprawiając mnie o wymioty i dreszcze wzdłuż grzbietu. Z mojej piersi wyrwał się przerażający skowyt, który jeszcze długo odbijał się echem po kuchni.
    Nie próbowałem sobie nawet zadawać pytania, co mnie zmusiło, aby śledzić jej kroki. W każdym razie radziła sobie dobrze. Nawet jeśli w niektórych momentach musiała trochę dłużej pomyśleć nad taktyką, przyjemnie patrzyło się na to, jak się męczy. W ostatnim lokalu odwiedzonym przez nas wyszedłem z ukrycia i służyłem jej pomocą przy przeniesieniu dwóch kanistrów z czystą, źródlaną wodą do metra. Nie żałowałem wypowiadania kąśliwych uwag i prowokujących zdań, coby nie pomyślała, że stałem się uczynnym harcerzykiem.

•

    Uniosłem zapuchnięte powieki, mrugając kilkukrotnie, zanim obraz przede mną się wyostrzył. Trzy paskudne, otyłe szczury biegające po moim wagonie piszczały głośno, a ich długie pazury drapiące blachę wydawały charakterystyczny, ogłuszający dźwięk. Zmarszczyłem nos i zgrabnie podniosłem się na sztywne łapy, ganiając wzrokiem za szkodnikami. Wykonałem szybki skok do wyjścia i zajrzałem pod wagony, skąd dochodziły kolejne nieprzyjemne dźwięki. Jak mogłem się spodziewać, kilka lub nawet kilkanaście szczurów zgromadziło się pod moim wagonem, do którego dostawały się dzięki dziurze w podłodze, której musiałem nie zauważyć. Nieprzemyślane miejsce na gniazdo. Odruchowo przypadłem do ziemi, gotów do ataku. W normalnych sytuacjach uznałbym to zachowanie za przesadzone. Ale to nie była normalna sytuacja.
    Schyliłem się nisko, niemalże dotykając zimnych szyn z nową energią, w pełni gotowy do rzezi, która zaraz miała się wydarzyć. Chwilę później poczułem ugryzienie w tylną nogę, a ból temu towarzyszący migiem rozniósł się po całym moim ciele. Niemal podskoczyłem z zaskoczenia, kierując wzrok za siebie. Jeden, sporo większy szczur od swoich kolegów uczepił się mojego ogona. Kopnąłem szkodnika krwawiącą łapą, przygryzając automatycznie język. Rozwścieczony ruszyłem przed siebie, wprost na stado, do którego obnażyłem szereg zębów. Wyszedłem spod wagonu, bacznie obserwując, jak całe stado podąża za mną. Doskonale. Odczułem, jak kilka szczurów uderza mnie pazurami w pysk. Szarpnąłem łbem, pozwalając im wylecieć w powietrze. W odpowiednim momencie podskoczyłem, zaciskając kły na ciele zwierząt. Usłyszałem głośne piszczenie. Zacisnąłem szczęki, przez co mój pysk zalała ciepła krew. Zamachnąłem się, aby odstraszyć od siebie pozostałe szczury. Na zewnątrz powoli wylewały się brunatno-zielone, umazane we krwi narządy. Kopnięciem posłałem zwłoki kilka metrów dalej, dzięki czemu szczury znów skupiły się w jednym miejscu, co pozwoliło mi na kolejny, sprecyzowany atak. Powtarzałem swoje techniki, aż do upadku każdego z nich. Starałem się choć trochę rozluźnić mięśnie, lecz wolałem być w przygotowaniu. Sierść poległych niemal w całości zabarwiła się na czerwono, a w ich ciałach dostrzegłem ziejące czernią dziury po moich kłach. Jeśli ktoś zgłodnieje, zastanie niesmaczny, aczkolwiek syty, posiłek. Odczekałem w miejscu kilka minut, aby upewnić się, że na ten moment pozbyłem się kłopotu. Ciekawe tylko na jak długo.

Catelyn?

Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+ 10 Kości, + 1 SIŁA
▲
Xavier, najciemniej pod latarnią. Wesołe szczury założyły małe gniazdo pod wagonem, dlatego usunięcie go będzie nie lada wyzwaniem. Pamiętaj, że lepiej nie niszczyć swojego własnego mieszkania. Postaraj się jak najszybciej uporać z problemem. 
Zdobywasz +1 SZYBKOŚĆ, + 2 WYTRZYMAŁOŚĆ, + 1 SIŁA + 8 KOŚCI

5 sierpnia 2020

[Pięć Plag] Od Rabastana do Riry - Druga Plaga

Przemieszczałem się spacerowym tempem, skanując wzrokiem ulice, uliczki, sklepy i ciemne zaułki. Żadnego zagrożenia. Same nudy. A niech cię, Xavier.
Tuż po rozpoczęciu patrolu natrafiłem co prawda na jednego Szwendacza błąkającego się po pierwszym piętrze wysokiego biurowca. Po początkowym przerażeniu, bo praktycznie wpadłem mu pod nogi, i zdziwieniu, bo raczej nie widywałem zombie wyżej niż na poziomie ziemi, udało mi się zwabić go do oszklonego szybu windy. Przez chwilę wahał się, przejawiając nędzne okruchy inteligencji, ale widząc mnie po drugiej stronie, zrobił krok na przód i runął w przepaść. Nie była ona może bardzo głęboka, ale zdecydowanie na tyle, żeby stwór spędził tam resztę swojego pół-życia.
Od tamtego czasu nic nie przykuło mojej uwagi. Część miasta wyznaczona mi do patrolu trwała w bezruchu. Powietrze stało, ogrzewane przez słońce, myszy, zwykle buszujące wśród pozostawionych przez ludzi resztek, skryły się w swoich norkach, nawet gołębie gdzieś odleciały i jedynym co po nich pozostało, były, leżące tu i ówdzie, zmarniałe pióra. Ja sam, czując palące promienie słońca, wysunąłem język dysząc lekko.
Jeszcze raz przekląłem w myślach na generała. Kiedy zebraliśmy się w starej restauracji, dobrał mnie w parę z Catelyn i przypisał nam obszar na obrzeżach miasta, na wschód od mostu, niezbyt wymagający, ale na pewno czekałoby nas zabicie co najmniej kilku Szwendaczy. Xavier jednak miał nietypowe upodobanie w byciu złośliwym i widząc mój entuzjazm, stwierdził, że z Catelyn pójdzie jednak Rira, a ja zajmę się tym, co wcześniej przydzielone zostało łaciatemu - dużym, nowoczesnym osiedlem wieżowców, dokładnie po drugiej stronie miasta.
Odgoniłem irytującą muchę leniwym machnięciem ucha i kątem oka dostrzegłem ruch na rogu skrzyżowania. Czyżby szczur? Przyspieszyłem. Jeśli szczęście dopisze, może szkodnik doprowadzi mnie do swoich kumpli. Wprawdzie większość zmutowanych gryzoni zgromadziła się pod mostem, zwabiona darmowym posiłkiem w postaci rozkładających się zombie, ale jeśli tu także jakieś były, miałem obowiązek je zlikwidować.
Skręciłem w zwężającą się ulicę i zwolniłem, rozglądając czujnie. Gdzie on się podział? Szedłem lekko spięty, gotów do ewentualnej ucieczki, a mój nos to unosił się w górę, to lądował tuż przy nagrzanym asfalcie, chcąc złapać trop. Wzdrygnąłem się i obnażyłem zęby, kiedy w sąsiednim budynku coś metalicznie trzasnęło, ale nie ujrzałem sprawcy hałasu.
Nagle poczułem sierść stroszącą się na grzbiecie. Od szczeniaka zdarzało mi się to robić nieświadomie i oznaczało jedno - niebezpieczeństwo. Ponownie zaciągnąłem się skwarnym powietrzem. Odór błota i padliny dochodził z wybitego okna sutereny po mojej lewej stronie. Niby nic nadzwyczajnego w tych czasach, ale gdzie padlina tam i szczury. Szybko wyhaczyłem wzrokiem zejście - wąskie betonowe schodki - i stanąłem na ich szczycie. Raz kozie śmierć, pomyślałem, kiedy pierwsza łapa spoczęła na niższym poziomie. Starałem się iść ostrożnie, bo stopnie były wysokie. Dotarłem na dół i wsunąłem pysk w szczelinę, używając go jak dźwigni.
Skrzyp, skrzyp, skrzyp. Dzyń.
Mechanizm drzwi zazgrzytał przerywanie, a wiszący przy suficie dzwonek obwieścił moje przybycie. Cofnąłem się nieco, zaniepokojony, że dźwięk mógł zaalarmować szczury, ale jedynym śladem ich obecności była podłoga usłana odchodami i martwymi żabami. Rozejrzałem się po pokoju. Był bardzo mały, może wielkości większego auta i cały wyłożony betonem. Pod jedną ze ścian stał pusty, wysoki pod sam sufit, drewniany regał. Był nawet w dobrym stanie, jeśli nie liczyć brakującej półki, która została położona pod ścianą. Tuż obok niej, przy podłodze, znajdowała się dziura wielkości piłki do koszykówki. Zdecydowanie była tworem człowieka, ale dobywający się z niej smród podpowiadał mi, że dotarłem we właściwe miejsce. To było to. Gniazdo szczurów.
Usłyszałem szuranie i z jamy wynurzył się gigantyczny bury szczur. Złapał w zęby żabę i zaczął się wycofywać, ale wtedy jego wzrok spoczął na wyraźnie niechcianym gościu. Zarzęził przerażająco, wlepiając we mnie błyszczące, czerwonawe oczka. Odpowiedziałem mu tym samym, pokazując zęby i warcząc coraz głośniej. Zaczął mnie okrążać więc i ja powoli się obracałem, nie spuszczając gryzonia z oczu.
I to był błąd.
Niewystarczająco wcześnie zrozumiałem intencję szczura, a gdy dotarło już do mnie co robił, było za późno. Pisnąłem, kiedy ostre zęby wbiły się w moją łapę i w mgnieniu oka odwróciłem się pyskiem w stronę dziury. Kilkanaście szczurów zdążyło już mnie otoczyć i cały czas dołączały do nich kolejne. Miałem dosłownie kilka sekund na opracowanie strategii, może nawet mniej. Opanowałem drżenie łap. Walcz Rabastan, przecież tego właśnie chciałeś.
Rzuciłem się na pierwszego mutanta i chwyciłem go za głowę, z całej siły wbijając w nią zęby. Ciepła krew pociekła mi po pysku i dalej po piersi, ale powstrzymałem obrzydzenie. Pierwszy z głowy, jeszcze cały pokój. Z każdym kolejnym szczurem nabierałem wprawy. Łapałem osobniki za głowę i albo zaciskałem na niej szczęki, albo, pomagając sobie łapą, wykręcałem, skręcając gryzoniowi kark. Nie było to takie trudne, jak się spodziewałem.
Zabiłem przynajmniej z kilkanaście zwierząt i kiedy myślałem już, że jestem na wygranej pozycji, w tunelu coś się zaszamotało i wylała się na mnie kolejna fala szczurów. Cofnąłem się przerażony. Jeśli tamte były wielkie, to co dopiero te. Nie były już wielkości królików, bliżej im było do średnich kotów. Nie próbowałem nawet ich zaatakować, nie miał bym szans. Jak oparzony odskoczyłem od zbliżających się potworów i wyskoczyłem z pomieszczenia. Całym ciałem naparłem na ciężkie drzwi i jeszcze chwilę opierałem się o nie, aż nie zyskałem pewności, że szczury nie zamierzają iść za mną.
Westchnąłem i osunąłem się z ulgą na ziemię u stóp schodów. Zamknąłem oczy, dysząc ciężko z wysiłku i znieruchomiałem na chwilę. No, nad kondycją mogłem jeszcze popracować.
Po unormowaniu oddechu usiadłem, aby ocenić swój stan. Na szczęście w większości skończyło się tylko na licznych zadrapaniach, jednak niepokoiła mnie dość głęboka i szczypiąca rana na udzie. Po dokładnym wylizaniu skaleczeń, zabrałem się za zlizywanie z sierści krwi szczurów, ale jej ohydny smak odwiódł mnie od tego pomysłu.
Bardzo chciałem wracać już do metra, ale z niezadowoleniem przypomniałem sobie, że Xavier polecił niszczyć każde znalezione gniazdo. Bez wyjątków.
Stanąłem więc przy metalowych drzwiach i zajrzałem przez szczelinę. Ani jednego szczura, najwyraźniej wróciły do gniazda. Po chwili mój wzrok zawędrował na kołek z rączką, wystający naprzeciwko dziury. Przyczepiony był do niego, długi na mniej więcej półtora metra, gumowy wąż. Jeśli było to tym o czym myślałem, być może miałem plan. Spojrzałem na deskę leżącą przy ścianie, jej krawędź była zaledwie kilkanaście centymetrów od wejścia do gniazda. Musiałem być szybki.
Delikatnie przesunąłem drzwi, uważając aby dzwonek się nie odezwał, i wślizgnąłem do środka. Najciszej jak potrafiłem podbiegłem do deski i złapałem ją w zęby. Zaparłem się łapami i szarpnąłem, a ciężkie drewno przesunęło się o parę centymetrów. Szarpnąłem jeszcze raz. I jeszcze. Kiedy dziura była już w połowie zakryta, usłyszałem szuranie. Pociągnąłem deskę rozpaczliwie. Już prawie. Tuż przed tym, jak dociągnąłem drewno do końca, przez szparę przecisnął się jeden z mniejszych szczurów. Upewniłem się, że wejście jest całkowicie zakryte i odwróciłem się do gryzonia. Z tym nie było żadnego problemu, nawet nie próbował walczyć. Odrzuciłem truchło pod ścianę, tam gdzie leżała reszta zabitych przeze mnie zwierząt.
Usiadłem przy dziurze i przez chwilę wbijałem w nią wzrok, aż nabrałem pewności, że przeszkoda jest dla szczurów nieprzekraczalna, przynajmniej na razie. Następnie skupiłem się na kranie, a przynajmniej wydawało mi się, że jest to ten właśnie przyrząd. Kilka razy udało mi się podpatrzeć co trzeba zrobić, aby poleciała woda, więc postanowiłem spróbować. Oparłem przednie łapy na ścianie i pchnąłem nosem metalową rączkę do góry, ale nic się nie wydarzyło. Pchnąłem mocniej. Znowu nic. Zmieniłem taktykę i mocno szarpnąłem metal w dół, ale to także niewiele dało, tylko trochę rdzy zostało mi na podniebieniu. Zirytowany potrząsnąłem łbem, wciąż trzymając w zębach rączkę i w pewnym momencie moje uszy wychwyciły delikatny szum. Znów potrząsnąłem głową, tym razem wolniej, i znieruchomiałem na dźwięk płynącej wody.
Odepchnąłem się od ściany, kierując kroki ku końcówce węża, z którego teraz ciurkała woda. Zadowolony z siebie i osiągniętego efektu, złapałem gumę w zęby i przeciągnąłem w stronę, teraz zasłoniętego deską, wejścia do gniazda. Brakowało bardzo niewiele. Potrzebowałem mocniejszego strumienia. Doskoczyłem do kurka i łapą docisnąłem rączkę do samej ściany. W wężu zakotłowało się i z końcówki wystrzeliła woda. I to jak. Na skutek ciśnienia szlauch zaczął wić się po całym pomieszczeniu, mocząc podłogę, ściany, sufit, szczurze truchła oraz mnie. Zaskomlałem kiedy ciecz zapiekła mnie w ranę i spłoszony skuliłem uszy. Unikając strumienia oparłem się o beton i zakręciłem kran.
No tak. W pojedynkę nie dam rady tego zrobić. Potrzebuję pomocy.
Jeszcze raz upewniłem się, że szczury nie wychodzą z gniazda i ruszyłem do wyjścia, krzywiąc się kiedy czułem ból w zranionej łapie. Popchnąłem drzwi i, ku własnemu przerażeniu, stanąłem oko w oko, a raczej oko w nogi, z dwoma wielkimi Szwendaczami.

Rira?

Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+ 10 Kości, + 1 SIŁA
▲
Rabastanie, słusznie oceniłeś swoje siły. Zmutowane szczury działają w grupach, nie zostało to udowodnione, aczkolwiek obserwujemy wśród nich zachowania społeczne. Gdybyś zdecydował się z nimi walczyć, mógłbyś skończyć jako pełnowartościowe śniadanie dla ich potomstwa. Wykorzystaj pomysł i za radą Xaviera, zniszcz gniazdo. Obecność kompana na pewno Ci nie zaszkodzi. 
Zdobywasz +1 SZYBKOŚĆ, + 2 WYTRZYMAŁOŚĆ, + 1 SIŁA + 8 KOŚCI